La La Land to nie tylko faworyt krytyków, piękne kino, urzekająca historia czy wreszcie niesamowita i porywająca ścieżka dźwiękowa. La La Land to przede wszystkim film, o jaki trudno obecnie na ekranach kin.

Damien Chazelle ma spore szanse zapisać się na kartach historii kina nie tylko jako świetny reżyser. Jest on także marzycielem i wizjonerem, a za swój cel obrał reformację zdawałoby się już martwego gatunku, jakim są musicale. Ma na swoim koncie zaledwie trzy filmy: jeden z nich stał się już kultowy (Whiplash), choć od jego premiery minęło niewiele czasu. Natomiast La La Land jest dobrym dowodem na to, że młody reżyser może jeszcze wielokrotnie nas zaskoczyć.

Ironią jest, że tego filmu wcale nie trzeba oglądać, by się w nim zakochać. Wystarczy usiąść wygodnie w fotelu i zatracić się w znakomitym soundtracku. Jak przystało na dobry musical, cała ścieżka dźwiękowa została napisana na potrzeby filmu i widać, że jest w niej serce. Obraz wraz z dźwiękiem porywają i czarują. Zaczynam od samych superlatyw, ale też mam ku temu powody, wystarczy wsłuchać się w „City of Stars” i rzekłbym, że więcej słów nie potrzeba.

Historia to pogoń za marzeniami przeplatana wątkiem miłosnym wprost z pięknych, romantycznych bajek. La La Land otwiera scena na autostradzie: samochody stoją w korku, ludzie trwają na granicy marazmu. Nagle pewna kobieta intonuje piosenkę o kolejnym słonecznym dniu, porywając wszystkich dookoła. Tłum śpiewa i tańczy, a widzowie poznają głównych bohaterów: Mia (Emma Stone) kelnerka marząca o karierze aktorskiej, dorabia w kawiarni starając się o pierwsze role. Sebastian (Ryan Gosling) bezrobotny pianista pogrążony w marzeniach o własnym klubie jazzowym. Miłość zdaje się nieunikniona.

Szczęśliwym zrządzeniem losu stają sobie na drodze akurat w momencie do tego najbardziej odpowiednim. Wspólnie poszukają odpowiedzi, czy piękne uczucie rodzące się pomiędzy nimi pomoże im przezwyciężyć trudy świata biznesu, czy w Fabryce Snów odnajdą drogę prowadzącą do spełnienia i marzeń? Czy też ambicja i pogoń za sławą okażą się silniejsze od miłości?

Aktorsko i muzycznie, co ważne w tym przypadku, bohaterowie wypadają na bardzo wysokim poziomie, choć słychać, że Stone radzi sobie ze śpiewem lepiej. Można odnieść wrażenie, że Gosling momentami zamiast śpiewać, wypluwa słowa piosenek, co brzmi dość sztywno, lecz jest to jedynie jedna zła nuta w pięknej melodii. Chazelle zatroszczył się o równie rozdzielenie uwagi pomiędzy aktorami, i tak początek należy w większym stopniu do Sebastiana, druga połowa natomiast poświęcona została uroczej Mii.

Zaraz obok świetnej ścieżki dźwiękowej mamy niesamowite ujęcia, które pod względem artystycznym mogą wprawić w osłupienie. Począwszy od kostiumów, choreografii, a nawet kolorów i światła wszystko wydaje się dopięte na ostatni guzik, tworząc połączenie niemal idealnie.

Bardzo łatwo jest pisać w samych superlatywach o La La Landzie, film nie tyle mi się spodobał, co wręcz porwał mnie do reszty. W dużym stopniu za sprawą muzyki i tęsknoty za dobrymi musicalami, których w obecnie w kinie brakuje. Niemniej muszę przyznać, że nawet ten lśniący diament ma swoje skazy. Historia, mówiąc wprost, jest dość pospolita, widzieliśmy to już nie raz, zobaczymy i kolejny, a momentami, kiedy jest aż nazbyt bajkowo i przewidywalnie, na ekran wdziera się nuda. Niemniej są to jedynie delikatne potknięcia, które, jeśli tylko dacie się porwać hollywoodzkiej magii, rozpłyną się, pozostawiając świetne widowisko.

Kilka tygodni temu byliśmy świadkami, jak La La Land zdominował Złote Globy zdobywając aż 7 statuetek. Niedługo rozdanie Oscarów i podejrzewam, że werdykt będzie podobny, obraz Chazelle jest zdecydowanie faworytem. Jednakże i tak ważniejsze od nagród jest zadowolenie widza, który opuszcza salę kinową, świadomość, że dobrze się zainwestowało pieniądze.

Autor | Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina

Festiwal Dramatu STREFY KONTAKTU