WKS Śląsk Wrocław przegrał po raz piąty w tym sezonie. Niestety aż czterech przegranych doświadczył, grając przed własną publicznością. – Nie potrafimy odnaleźć się w tej hali. To nie jest nasza twierdza – mówi Kamil Łączyński, zawodnik Śląska.

Po powrocie do koszykarskiej ekstraklasy, wrocławianie rozgrywają mecze domowe w Hali Orbita we Wrocławiu. Do tej pory udało im się wygrać tam zaledwie raz – na inaugurację sezonu pokonali HydroTruck Radom. Później zanotowali cztery kolejne porażki przed własną publicznością – ostatnią z nich była przegrana z GTK Gliwice w 8. kolejce Energa Basket Ligi.

Wydaje mi się jednak, że coś jest nie tak. Nie potrafimy odnaleźć się w tej hali. Trenujemy tu zaledwie raz przed meczem. Myślę, że to, że wiszą tu banery zdobytych mistrzostw Polski oraz koszulka Maćka Zielińskiego, nie zobowiązuje nas to tego, że to nasza hala lub twierdza. Nie jest nią. Zarówno kosze, jak i sala nie są nam dobrze znane. Nie można jednak upatrywać w tym całej winy – mówi Kamil Łączyński, zawodnik Śląska Wrocław.

Wrocławianie po raz kolejny mieli problem z odnalezieniem odpowiedniego rytmu już na początku spotkania. Mecz z GTK nie był pierwszym, w którym Trójkolorowi potrzebowali czasu, żeby ich gra zaczęła dobrze funkcjonować. Według Łączyńskiego problem może leżeć w podejściu do samego spotkania.

Na mecze przychodzi sporo kibiców, którzy oczekują od nas przede wszystkim walki, ambicji i zaangażowania. Nie zawsze to pokazujemy. Nie mówię, że wcale tego nie ma, bo to nieprawda. To czy rzut wpadnie czy nie, czasami jest drugorzędną sprawą. Najważniejsze, żeby trzymać się założeń taktycznych, grać jako drużyna i pomagać sobie nawzajem. Nie wiadomo, dlaczego czasem tego nie robimy. Myślę, że problem leży w podejściu mentalnym. Nie mówię, że jest złe, ale może po prostu niewłaściwe – wyjaśnia.

W ostatnim meczu przeciwko GTK Gliwce, Śląsk miał problemy ze ze zdobywaniem punktów i wykorzystywaniem czystych pozycji rzutowych. Mecz zakończył ze skutecznością na poziomie 47% z gry. Rywale wygrali także walkę na desce, dzięki czemu zdobyli 15 punktów drugiej szansy.

Myślę, że zespół z Gliwic był w naszym zasięgu, co pokazała końcówka. Agresywniejsza obrona może spowodować przechwyty, tak samo to szybkie granie, które naszym ulubionym. Myślę, że problem polegał na tym, że od początku spotkanie nie byliśmy na tyle agresywni w defensywie. Nie chodzi o to, żeby kryć na całym placu, tylko grając pięć na pięć na połowie, wymusić presję na zawodniku, aby nie miał możliwości łatwego podania czy też wyjścia na czystą pozycję. Tych rzeczy nam zabrakło. Daliśmy sobie zebrać za dużo piłek, szczególnie w ataku. Po niecelnych rzutach zawodnicy ponawiali i niestety to procentowało. Obraz całego spotkanie jest jednak trochę zamazany przez rezultat końcowy. Nie ma co ukrywać, że rywale przed niemalże cały mecz kontrolowali spotkanie, wybijali nas z rytmu, a my nie potrafiliśmy na to odpowiedzieć – podsumowuje Łączyński.

Walczyliśmy, szarpaliśmy, graliśmy do ostatniej sekundy, ale to było za mało. Comeback był o krok, ale Orbita pozostaje…

Gepostet von WKS Śląsk Wrocław – koszykówka am Sonntag, 17. November 2019

W następnym meczu koszykarze Ślaska zmierzą się z mistrzem Polski – Anwilem Włocławek. Do Wrocławia powrócą 1 grudnia. Podejmą wtedy Start Lublin.


Autor: Oliwia Stasiak
Zdjęcie: WKS Śląsk Wrocław / Wojciech Cebula