„Legion samobójców” [RECENZJA]

Nowy wymiar kina rozrywkowego, gdzie widz, zamiast się relaksować i dobrze bawić, przysypia ze znużenia. Kolejny film z uniwersum DC Extended Universe, którego potencjał został zmarnowany.

Legion samobójców powstał o kilka filmów za wcześnie. Odnoszę wręcz wrażenie, że Warner Bros, oślepiony sukcesami produkcji spod znaku Marvela, postanowił rzucić się na głęboką wodę. Zanim jeszcze powstało solidne zaplecze obrazów poświęconych poszczególnym bohaterom, ktoś zapragnął już na teraz mieć swoje Avengersy. I nie ma w tym nic złego, jednak kiedy połowa filmu jest poświęcona przedstawianiu, i to w dodatku po łepkach, poszczególnych postaci widzowi, natomiast cała reszta to wybuchy z pustymi emocjami w tle, szybko orientujemy się, że czegoś jednak tutaj brakuje.

Problem Legionu samobójców to miałkość historii. Twórcy w trochę ponad dwie godziny postanowili upchnąć dosłownie wszystko, co tylko wpadło im do głowy. W tym przypadku cała wina spada na reżysera i scenarzystę Davida Ayera, który po naprawdę dobrej Furii i Bogach ulicy przychodzi do widzów z kolejnym apetycznie wyglądającym daniem, które po spróbowaniu okazuje się niestrawne, przesolone, przypalone, ale za to polane znakomitym sosem. Choć może to nie do końca wina Ayera, zwyczajnie nie ma ręki do komiksowego stylu. Znacznie lepiej wychodzi mu poważne kino w stylu noir.

Zacznę może od tego, czym Legion może się pochwalić: przez niemal cały film, a już w szczególności podczas końcowego starcia, byłem pod wielkim wrażeniem zdjęć autorstwa Romana Vasyanova. Momentami wręcz chciałoby się zatrzymać film, by tylko móc dłużej nacieszyć oczy niektórymi ujęciami. Podobnie na wysokim poziomie stoi ścieżka dźwiękowa. Dobrze dobrana muzyka stara się ratować niemały bałagan na który cierpi Legion samobójców. Jednak ostatecznie pozostaje tylko ciągły niedosyt i pytanie: dlaczego zostało to zrealizowane tak jak zostało? Podczas pierwszych minut oczarowany muzyką i zdjęciami zastanawiałem się, skąd te wszystkie negatywne oceny na zagranicznych portalach. Jak się okazało, zaraz miałem się o tym przekonać na własnej skórze.

Fabuła Legionu samobójców przypomina zarazę, która zżera piękny organizm od środka kawałek po kawałku go wyniszczając, psując wszelkie przyjemności, zabawę płynącą z seansu. Historia, którą można by w skrócie opisać w sposób następujący: po odejściu Supermena, w obawie przed pojawieniem się tych złych rząd Stanów Zjednoczonych postanawia wyłapać prawdziwe gwiazdy pośród przestępców i zrobić z nich swoją tarczę. Prawdziwych obrońców, którzy bez mrugnięcia okiem zasłonią swą własną piersią uciśnionych Amerykańskich obywateli. Niestety, a jakże, plan okazuje się zawodny i już w pierwszych minutach po zaakceptowaniu całego pomysłu jedna z tych złych-dobrych postaci staje się jeszcze gorsza. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bowiem tak oto dzięki temu niesamowitemu zwrotowi akcji nowo utworzony legion samobójców ma swojego pierwszego przeciwnika z którym musi się oczywiście zmierzyć.

Odrobinę ironizuję, jednak naprawdę szkoda mi tego filmu. Zwłaszcza, że uważam iż aktorzy wypadli znacznie ponad przeciętną. Po zwiastunie obawiałem się trochę o postać Harley Quinn (Margot Robbie), jednak niepotrzebnie. Potrafi ona być irytująca, widać także, że podobnie jak i inni bohaterowie ma zarysowane tło, które intryguje i sprawia, że łatwiej się z nią utożsamić, jak strasznie by to nie brzmiało. Robbie wykreowała zabawnie lekkomyślną, niebezpiecznie zwariowaną lolitę, którą aż przyjemnie się ogląda.

W boju o lepsze jutro towarzyszy jej m. in. Deadshot (Will Smith), który z całego tytułowego legionu przypadł mi do gustu najbardziej. Chyba gdzieś wewnętrznie brakuje mi Smitha w roli superbohatera (Hancock patrzę na ciebie). Pozornie zimna spluwa do wynajęcia, dla której liczą się tylko zera na rachunku szybko zmienia się w kochającego, pełnego ciepła ojca. Przyglądając się wykreowanym na ekranie postaciom jednego byłem pewien. Legion samobójców już lepszy nie będzie, musimy się z tym pogodzić, jednak przed kinowym uniwersum DC stoi naprawdę wiele możliwości, które jeśli dobrze wykorzystane, mogą zaowocować naprawdę interesującym wachlarzem filmów.

Gdyby wspomnieć o pozostałych postaciach, które znalazły się w szeregach Legionu samobójców, w końcu trzeba by zauważyć, że pomimo iż dobrze zagrane ucierpiały i one. Historia niestety dla nikogo nie okazała się litościwa. Zdają się one bowiem wraz z biegiem czasu wygasać jakby przeczuwając, że kończy im się ich czas. I tak na sam koniec całkiem bez emocji po prostu wstaje się i wychodzi z kina. Osobiście byłem nieco znudzony, choć jak wspomniałem kilka elementów przyjemnie mnie zaskoczyło. Fani uniwersum powinni udać się do kin by móc samemu ocenić, czy warto. Jednak jeśli DC znacie tylko z przygód Gacka i faceta z Kryptonu to lepiej zostawić sobie Legion na później. Może w przyszłości uniwersum się rozrośnie i bliżej poznamy postaci Deadshota i jego towarzyszy, na co bardzo liczę.

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina