„Life” [RECENZJA]

Obcy nie po raz pierwszy czyha na pozostawionych na łaskę losu uczestników misji kosmicznych. Izolacja, klaustrofobiczna sceneria oraz przerażający kosmita – wszystko to już było, ale wciąż sprawia sporo frajdy. Pisze Patryk Wolny.

Life, pomimo że podejmuje próby opowiedzenia historii ambitniejszej, robi to w sposób nieumiejętny. Wygląda na to, że reżyser Daniel Espinosa chciał odtworzyć atmosferę znaną choć z Nowego Początku (Arrival), jednak czy to przez brak odpowiednich umiejętności, czy po prostu z braku odwagi stworzył obraz na wzór Obcego. Nie jest to błędem, jednak oglądana mieszanka kuleje na każdym z frontów, z jednej strony nieosiągalne cele, z drugiej przepisywanie na nowo pomysłów znanych z przygód ksenomorfa.

Historia, jak już wspomniałem, powiela pomył z Obcego. Sześcioosobowa załoga międzynarodowej stacji kosmicznej przechwytuje sondę zawierającą próbki pochodzące z Marsa. Szybko okazuje się, że odkryli oni nowe życie. Na wieść o tym przełomowym wydarzeniu świat ogarnia euforia, jednak życie szczęśliwych odkrywców już wkrótce będzie zagrożone.

Zastanawiając się, czym Life tak naprawdę jest, szybko można dojść do wniosku, że thrillerem na pewno i to całkiem niezłym. Pomimo pewnej przewidywalności potrafi on utrzymać widza w napięciu. Dzielni kosmonauci mają także własne historie. David (Jake Gyllenhaal) może pochwalić się najdłuższym pobytem na stacji, jest on także jedynym członkiem załogi, który nie chce wracać, woli życie pośród gwiazd. Jego przeciwieństwem jest Japończyk Sho (Hiroyuki Sanada), który jak na prawdziwego samuraja przystało jest prawdziwą ostają zasad, a któremu niedawno powiększyła się rodzina. Ostatnia z sześciu postaci, o której warto wspomnieć, to Hugh (Ariyon Bakare) naukowiec odpowiedzialny za ojcowanie nowej formie życia. Jego problemy i historia bardzo dobrze uzupełnia się z początkowymi wydarzeniami, można by rzec, że podejmowane przez niego decyzje, które zagrożą bezpieczeństwu misji, znajdują swoje moralne uzasadnienie.

Mniej znacząca część załogi to Rory (Ryan Reynolds), wesoły, troszczący się o wszystkich, ginie jako pierwszy. Reynoldsa nie dość, że jest bardzo mało w tym filmie, jego obecność to jedynie magnes na potencjalnych widzów, to jeszcze bez żadnych skrupułów odgrywa on Deadpoola, tyle że na orbicie okołoziemskiej. Na statku znajdują się także dwie panie: Miranda (Rebecca Ferguson), która zaraz obok Davida stanowi główną podporę historii oraz Ekaterina (Olga Dykhovichnaya) mniej znacząca ale i tak obserwujemy jej poczynania przez sporą cześć filmu. Jednak scenarzyści Rhett Reese i Paul Wernick postanowili pominąć żeńskie role: o kobietach na statku nie dowiadujemy się niczego, no może poza ich stanowiskiem – zakresem obowiązków. Dlaczego męska część załogi ma swoją przeszłość, a kobieca nie, ot, zagwozdka.

Obawiam się, że o warstwie audiowizualnej nie można za wiele napisać. Muzyka nie zapada w pamięć, zanika wraz z opuszczaniem sali kinowej. Sam obcy wygląda naprawdę fajnie i, pomimo że dzieli wiele cech ze swoimi prekursorami, to przyjemnie ogląda się jego wojaże. Stacja umiejętnie potęguje uczucie odizolowania, wąskie korytarze, małe pomieszczenia wywołują u bohaterów efekt zaszczucia.

W filmie został poruszony także aspekt filozoficzny. Otóż mamy możliwość wraz z twórcami popaść w chwilową zadumę i zastanowić się nad sensem naszego życia. Nihilizm egzystencjonalny to chyba ostatnia rzecz jakiej spodziewałem się po tym filmie. I choć dotyczy on w gruncie rzeczy ciała obcego, to z łatwością powiążemy go także i z naszym, ludzkim bytem. Reżyser pragnął obrazu na wzór Nowego Początku, co prawie zakończyło się strzałem w kolano. Pozostaje cieszyć się, że całość podążyła wcześniej przetartymi drogami, nie starając się wymyślić koła na nowo.

Oglądało się przyjemnie, początkowo miałem wątpliwości w którą stronę zdecydował się podążyć reżyser, obawiałem się pseudointelektualnego bełkotu o morderczych organizmach, które nie potrafią wykształcić sobie własnego ciała. Otrzymałem rzemieślniczy obraz o próbie przetrwania w kosmosie w obliczu wrogiego obcego. Life to solidy przeciętniak, który spodoba się zwłaszcza fanom gatunku.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina