„Logan: Wolverine” [RECENZJA]

Brutalny film drogi, który potrafi złapać za serce swoją delikatnością i momentami rodzinną atmosferą skąpany w sosie a’la western. Polecam! – pisze Patryk Wolny.

Komiksów nie czytałem, natomiast Logana kojarzę jak przez mgłę i to z perspektywy animacji, która lata temu emitowano w telewizji. Samotny, na motorze, pojawiał się w potrzebie. Spoglądając w stronę superbohaterów zapewne jego wymieniłbym jako jednego z ostatnich, który przyszedłby mi do głowy. Jednak, gdyby tak zapytać o uniwersum X-Men, cóż, tutaj najprawdopodobniej stanąłby na pierwszym miejscu.

Wynika to po części z tego, że przynajmniej w moim odczuciu, jest on, jako postać, prawdziwie ludzki. Jego historia, wydarzenia, których był świadkiem w przeszłości i które go ukształtowały niejako sprawiły także, że wybrał drogę samotnika, człowieka stroniącego od swoich umiejętności. Wszystko to jednak już przeminęło, świat Logana przykrył kurz czasu, a skroń… jakby posrebrzała.

Za tym wszystkim kryje się obraz, który potrafi poruszyć ale zarazem zaskoczyć swoją brutalnością. Hugh Jackman wykreował postać styraną życiem, na jego twarzy dostrzeżemy ciężar minionych lat, historię zniszczonego człowieka. Logan stał się nie tylko starszy, ale także mądrzejszy, przez co, w połączeniu z westernowym klimatem filmu, nie można uniknąć skojarzeń z Clintem Eastwoodem. Spoglądając z tej perspektywy z czystym sumieniem mogę uznać najnowszy film Jamesa Mangolda za jeden z lepszych filmów o superbohaterach jaki widziałem.

Historia – prosta, a w pewnym sensie nawet rodzinna. Niedaleka przyszłość, rok 2029 Paso, Logan pracuje jako zawodowy kierowca, zmęczony, dogasający jako człowiek, niemal skończony jako mutant, prawdziwy relikt minionych lat. Nie patrzy on jednak wstecz, nie rozpamiętuje przeszłości, ona przeminęła, pozostało tylko dno butelki.

Świat także wiele przeszedł, od ponad 25 lat nie narodził się żaden mutant, obecnie Logan z kilkoma niedobitkami, w tym Profesorem X (Patrick Stewart) ukrywają się, czy raczej egzystują w zapadłej norze, starając się nie wychylać. Śladami Wolverine’a i młodej Laury (Dafne Keen) podąża Pierce (Boyd Holbrook) – mechaniczna ręka, morda wrednego mordercy – który wraz ze swoją ekipa po nalocie na azyl mutantów zmusza ich do ucieczki.

Profesor X, Logan i młoda mutanta Laura przejawiająca podobne zdolności co Wolverine, wyruszają w podróż do Północnej Dakoty. Całość od tego momentu przeistacza się w film drogi zmierzający do (jak można się spodziewać) brutalnego rozlewu krwi niegodziwych oprawców. Nieunikniona kropka nad „i”która też stanowi o jakości filmu Mangolda.

Brutalność – och tak!, dochodzimy do momentu, który dla mnie stanowi kluczowy element wyróżniający trzecią część przygód Wolverine’a. Otóż, filmy kierowanego do młodszego widza potrafią skutecznie ograniczyć potencjał niejednego bohatera. Cieszy mnie, że po Deadpoolu, który niejako przetarł szlaki, wyraźnie zaznaczając, po której stronie stoi, teraz nasze oczy cieszy kolejny film o superbohaterze, który nie boi się łatki: tylko dla dorosłych, a uwierzcie mi, Logan ma w sobie wszystko to, co balibyście się pokazywać dzieciom. Jego szpony nie służą już tylko do głaskania przeciwników, one dosłownie ich szlachtują (w najkrwawszym znaczeniu tego słowa), a jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jak wygląda człowiek po spotkaniu z dorosłym Wolverinem – ten film jest dla was.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina