Spektakularne widowisko, które jednocześnie zachwyca i nudzi, porywa światem tak pięknym i złożonym, że nie sposób oderwać oczu od ekranu. Jednakże nie ma róży bez kolców i nawet Rebelia, jak się okazuje, ma swoje za uszami.

Wybierając się do kina ma się nieodparte wrażenie, że tak po prostu trzeba. Sale kinowe wypchane niemal po same brzegi, ludzie poprzebierani za postaci z uniwersum. A wszędzie dookoła Gwiezdne Wojny, na koszulkach znajomych, w telewizji, radiu i Internecie. Płynie się z nurtem, co okazuje się rozwiązaniem niekoniecznie dobrym. Nie będę ukrywał, że na filmie się raczej nudziłem, brakowało znajomości świata przedstawionego, a początkowo historia galopowała przeskakując z miejsca na miejsce.

Rebelia jest kobietą, młodą, piękną i przede wszystkim wojowniczą. Doświadczona przez życie Jyn Erso (Felicity Jones) zostaje odbita z Imperialnego obozu pracy, by pomóc Sojuszowi w odnalezieniu jej ojca Galena (Mads Mikkelsen), który pracuje nad tajemniczą bronią, zdolną do niszczenia całych planet. I w tym miejscu warto się na chwilę zatrzymać. Gwiezdne Wojny po raz pierwszy odchodzą od utartych granic pomiędzy dobrem i złem. Nie ma tutaj świętych, wszyscy noszą swój krzyż, mierzą się z własnymi grzechami, przeszłością. Pancerze Imperium pokrywa burd, znój dnia codziennego. Rebelianci natomiast, pozbawieni swoich górnolotnych ideałów, potrafią kierować się egoistycznymi pobudkami, wahać, czy zwyczajnie wydawać niewygodne rozkazy. Szybko okazje się, że morderstwo to zło konieczne, zwięzłe polecenie, które powinno się wykonać bez mrugnięcia okiem. Jednak nawet pomimo obecności bardziej radykalnych odłamów Rebelii, które gotowe są poświęcić ludność cywilną w imię wyższego celu, film nadal stara się wpasować w jak najniższą granicę wiekową.

Dalej historia zmienia się w ryzykowną podróż grupki śmiałków, którzy wbrew Sojuszowi postanowili wykraść plany Gwiazdy Śmierci i tym samym poznać sposób na jej zniszczenie. Główna linia fabularna potrafi momentami zaintrygować, jednak w gruncie rzeczy jest sztampowa i przewidywalna. W końcu twórcy nie chcieli wymyślić koła na nowo, a jedynie przybliżyć i rozbudować dobrze znane uniwersum. I to się z pewnością udało. Jednak na tle tego miernie wypadają historie poszczególnych bohaterów. Prawdę powiedziawszy, oprócz Jyn Erso, postaci, które przewijają się w Łotrze, przedstawione zostały w sposób bardzo oszczędny. Można się tutaj doszukiwać zalet kina wojennego, gdzie towarzyszy broni poznajemy po ich czynach, półsłówkach rzuconych podczas wymiany ognia, czy gestiach i spojrzeniach, którymi się wzajemnie obdarzają, jednak myślałem, że słowo historie, tak ładnie, prezentujące się w tytule do czegoś zobowiązuje.

Oprócz Jyn poznamy jeszcze Cassiana Andora (Diego Luna), pilota, który towarzyszy pannie Galen przez cały film, a swoją historię streszcza w dwóch zdaniach pod wpływem oskarżeń i złych emocji unoszących się w powietrzu. Przy ich boku pojawia się dwóch walecznych Azjatów: Chirrut Îmwe (Donnie Yen), ślepy mnich, który swoim długim kijem bojowym potrafi rozgromić pół tuzina Imperialistów. Yen w tej roli sprawdza się idealne, widać opłaciło się zainwestować w aktora obeznanego ze sztukami walki, zamiast generować wszystko komputerowo. Przyjacielem Îmwe jest potężny, opancerzony Baze Malbus (Wen Jiang), który gromi wrogów za pomocą ciężkiego karabinu.

Nie licząc Jyn panowie opisani powyżej wypadają jak cienie samych siebie. Scenarzysta nie napisał tych postaci praktycznie wcale, to że jakoś się prezentują to zasługa samych aktorów. Inaczej sprawy mają się w przypadku K-2SO (Alan Tudyk) robota, który nie dość, że zaskakuje zabawnymi dialogami, to jeszcze posiada ciekawą historię. Na zakończenie pozostawiłem Bodhiego Rooka (Riz Ahmed), który trochę w tle, jednak zawsze potrafi zaskoczyć. Wypada przekonywująco i wiarygodnie, a w dodatku narażony został na szaleństwo, co tylko dodaje mu smaczku.

Podczas gdy pastwię się nad bohaterami, warto wspomnieć także o antagonistach. W filmie pojawia się Darth Vader, choć jest to zaledwie kilka scen. Jedna z nich, kilkusekundowe ujęcie, zasługuje na brawa, intryguje, ale także przyprawia widza niemal o opad szczęki. Jego udział w filmie został dobrze wyważony, jest tym arcywrogiem, a jednocześnie filmowo pozostaje w cieniu Orsona Krennic’a (Ben Mendelsohn) i jego Gwiazdy Śmierci.

Artystyczny majstersztyk, tak można pokrótce opisać to, co dzieje się na ekranie. Starcia balistyczne wyglądają naprawdę dobrze, natomiast ostatnia potyczka, podczas której X-Wingi stoczą walkę z myśliwcami TIE o gwiezdne wrota zakrawa na małe arcydzieło. Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że to najlepsze militarne starcie w historii całej sagi. Efekty komputerowe najwyższej próby i tutaj pojawia się pierwszy problem. W Łotrze pojawia się postać oparta w całości o CGI. Niestety w zestawieniu z innymi, ludzkimi bohaterami wypada tragicznie. Jej sztuczność mocno uderza po oczach.

Kolejny minus to strasznie długi wstęp do ostatecznego zawiązania akcji. Oglądając miałem wrażenie, że film wcale się nie posuwa do przodu, jednocześnie ciągnąc się w nieskończoność. Działo się sporo, możliwe nawet, że zbyt wiele. Z punktu widzenia historii były to elementy kluczowe, jednak podane w sposób nazbyt skondensowany. Mniejsze potyczki, które prowadziły do ostatecznej bitwy także niespecjalnie urzekały. Przyznaję ich wykonanie: pierwsza klasa, jednak nie budowały wystarczającego napięcia by wchłonąć widza, nie oczekiwałem na dalsze wydarzenia, po prostu siedziałem i obserwowałem.

Nie mogę napisać, że reżyser Gareth Edwards nie sprawdził się w powierzonym mu zadaniu, wręcz przeciwnie. Łotr Jeden to film, który jest dobry, muszę to ostatecznie napisać. Na pewno zyskuje w oczach fana, który powraca do miejsca znanego z poprzednich części, czy odwiedza nowe zakątki uniwersum. Osobiście byłbym w pełni zadowolony, jeśli większy nacisk zostałby położony na postaci, ich motywacje, bo w gruncie rzeczy nie wiemy, co pcha ich do działania, dlaczego postanowili dołączyć do Jyn. I druga sprawa, oby w kolejnej części historii większy nacisk jednak położono na elementy kina dla dorosłych, jeszcze więcej brudu, niech nam dadzą poczuć wojnę z prawdziwego zdarzenia, okrutny świat pełen przemocy.

PS. Ostatnie 2-3 minuty filmy są strasznie słabe.

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina


Festiwal Dramatu STREFY KONTAKTU