- KARTKA Z KALENDARZA - 19 LIPCA -


- REKLAMA -

Przyszłość „Gwiezdnych Wojen” zdaje się być powiązana z atakiem klonów bardziej niż nam się wydaje. LucasFilm posiada cyfrowe kopie wszystkich kluczowych aktorów występujących na przestrzeni lat w sadze.

I zapewne nie zawacha się ich użyć, jeśli miałoby to tylko przynieść Disneyowi kilka dodatkowych dolarów zysku. Niegdyś kojarzone jedynie z science fiction, teraz stają się rzeczywistością. Klony w akcji mogliśmy już ujrzeć m.in. przy okazji premiery „Łotra 1”. W filmie w wersji cyfrowej pojawili się Moff Tarkin i księżniczka Leia.

Ben Morris, człowiek odpowiedzialny za nadzór nad efektami specjalnymi w „Ostatnim Jedi” potwierdza, że studio posiada bazę danych zawierającą cyfrowe wersje aktorów wykonane zarówno za ich młodości, jak i na starość, ale to nie wszystko, swoich kopii doczekali się także kosmici pojawiający się w filmach.  Wspomina o tym Morris:

„Zawsze skanujemy cyfrowo głównych aktorów w filmie. Nie wiemy czy nam się to przyda, nie chodzi o stworzenie archiwum, tylko o referencje na przyszłość.”

Morris nawiązuje także do sceny z „Łotra 1” w której pojawia się postać grana przez Carrie Fisher:

„Kiedy zostaje wessana, jest to cyfrowa Leia. Kamera robi zbliżenie, widzimy Carrie”

Pieniądze stanowią główny problem tej technologii, który na dobrą sprawę uniemożliwiłby powstanie całego filmu obsadzonego postaciami wygenerowanymi komputerowo. Studio decydujące się na taką podmianę płaci dwa razy: gażę aktorowi, który wcieli się w postać oraz grafikom odpowiedzialnym za zastosowanie cyfrowej nakładki.

LucasFilm, póki co, zdecydował się zastosować ten zabieg jedynie dla postaci epizodycznych. W przypadku, gdy scena może zostać nagrana z udziałem aktora jest to zawsze pierwszy wybór. Kolejna sprawa to samo CGI, krótkie fragmenty można dopieścić, zadbać, by widz nie poznał się na swoistej mistyfikacji. Kilku godziny, czy nawet kilkudziesięciominutowy materiał to znacznie więcej pracy i pola do pomyłek, wpadek.

Jako ciekawostka, pewien pokaz możliwości sprawdza się to idealnie. Potrafię sobie to także wyobrazić jako cameo, w którym wiekowy aktor pojawia się w filmie w swojej młodszej wersji lub, po jego śmierci, kiedy ma to na celu oddanie mu czci (np. Szybcy i Wściekli i pożegnanie Paula Walkera).

Możemy być spokojni, tak długo, aż któraś wytwórnia nie wpadnie na pomysł, żeby w głównych rolach zacząć obsadzać klony stworzone cyfrowo, nałożone na twarze mniej znanych aktorów. Byłoby niezręcznie odbierać Oscara za najlepsze wcielenie się w postać Carrie Fisher, wcielającej się w postać księżniczki Lei.


Autor: Patryk Wolny