Łukasz Burzyński: Zakończyć telenowelę

Telenowela z Sebastianem Milą w tytułowej roli trwa w najlepsze. I nie, nie trwa ona od miesiąca, kiedy to po raz pierwszy w mediach pojawiła się wiadomość o tej jakże śmiesznej ofercie, którą złożyła Lechia Gdańsk. Trwa dużo dłużej. O odejściu byłego kapitana we Wrocławiu mówi się już od dawna. Dla dobra wszystkich, sytuacja powinna wyjaśnić się jak najszybciej.

Mila w ostatnich tygodniach jest wszędzie. W każdym zakamarku „wrocławskiego” internetu pojawiają się kolejne wypowiedzi Sebastiana, w większości jednoznaczne – „Chcę odejść z Wrocławia!”. Jeszcze moment, a robiąc sobie śniadanie otworzę lodówkę, z której 33-letni rozgrywający wykrzyczy mi w twarz, że ma dość miasta, w którym się wychowałem oraz klubu, z którym jestem od dziecka i z którym przebijałem się przez trzecią i drugą ligę, aby w końcu świętować awans do Ekstraklasy.

Mila Śląskowi zawdzięcza wszystko. Gdyby nie Wrocław, „Milowy” prawdopodobnie pałętałby się po niższych ligach w Austrii czy Szwajcarii, albo trafiłby do którejś z rosyjskich pseudo-profesjonalnych drużyn, które nie płacą swoim zawodnikom. Tarasiewicz go odbudował, dał mu szansę i z powrotem zrobił z niego piłkarza przez duże „Pe”. Później Seba miał co prawda lepsze i gorsze dni, przez jakiś czas z ogromną przewagą tych drugich, jednak każdy z trenerów wierzył w niego i dawał mu kolejne szanse. I być może niepotrzebnie, bowiem były kapitan Śląska poczuł się w klubie nietykalny do tego stopnia, że kiedy z powodu fatalnej formy i nadwagi, Tadeusz Pawłowski przestał korzystać z jego usług i odebrał mu kapitańską opaskę, Sebastian poczuł zadrę, o której niewiele się mówiło, a której sam zainteresowany, choć oficjalnie temu zaprzecza, nie pozbył się do dzisiaj.

Transferu Mili chcą wszyscy. Chce go piłkarz, chce go Śląsk, dla którego jest to ostatnia szansa aby zarobić na aktualnym reprezentancie Polski, chce go też Lechia, dla której Mila jest symbolem. Symbolem zresztą niezwykle dziwnym, bowiem jest wychowankiem Bałtyku Koszalin, a w Gdańsku spędził zaledwie dwa lata. Ostatnie doniesienia potwierdzają, że gdańszczanie z zakupu nie zrezygnowali, a rozbieżności finansowe obu klubów są coraz mniejsze.

Mam szczerą nadzieję, że najbliższe dwa tygodnie przyniosą finał tej ciągnącej się telenoweli i w lutym wrocławianie będą mogli skupić się na radzeniu sobie bez tego, który w ostatnich latach był dyrygentem drużyny. Sebastian odejdzie tak czy inaczej, a im szybciej się to stanie tym lepiej dla wszystkich, także samego zainteresowanego, który zdecydowanie nie radzi sobie psychicznie w sytuacji medialnej zawieruchy wokół jego osoby i, gdy jakiekolwiek spekulacje się pojawiają, od razu obniża loty. A że nikt nie jest niezastąpiony pokazała ostatnia runda, kiedy Śląsk fantastycznie poradził sobie bez kontuzjowanego Marco Paixao.

Śląsk bez Mili dla wielu brzmi niewiarygodnie. Dla mnie jednak jest to kolejny etap budowy silnej drużyny. Jak śpiewał Sidney Polak: „Nic nie trwa wiecznie. Niebezpiecznie, jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie.” Słowa te idealnie oddają sytuację do której część wrocławskich kibiców musi się przyzwyczaić, a z której ja zdawałem sobie sprawę od dawna.

Autor | Łukasz Burzyński

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułOscary 2015: Nominacje
Następny artykułEwelina Zambrzycka-Kościelnicka: Made in Poland
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.