Maciej Kowalczyk: Pigułka życia ludzkiego zawarta w metaforze płaszcza

O spektaklu „Silesia, Silentia” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym z Maciejem Kowalczykiem wcielającym się w rolę płaszcza rozmawia Daniel E. Groszewski.

Spektakl w reżyserii Marka Fiedora miał premierę w sobotę, 23 stycznia 2016 roku na Scenie na Strychu WTW. Sztuka „Silesia, SilentiaLidii Amejko zdobyła trzecie miejsce w konkursie dramaturgicznym wtw://strefy kontaktu 2016 organizowanym przez Wrocławski Teatr Współczesny i Gminę Wrocław.

*

Co to znaczy być płaszczem?

MACIEJ KOWALCZYK: – To znaczy być przedmiotem, ale w naszym spektaklu być może to znaczy być człowiekiem. Ponieważ każdy płaszcz jest człowiekiem. To znaczy być materią. Być tym, co wypełnia każdy płaszcz, który jest wypełniony przez duszę. I taki dualizm jest ujęty w naszym spektaklu. Mamy ciało i dusze. Powiedzmy, że płaszcze są esencją ciała. Tak ten spektakl budujemy. Ja gram główną rolę płaszcza, to znaczy taką, rolę płaszcza gadającego, który jest świadkiem różnych momentów w historii Breslau, w historii Wrocławia, przemian historyczno-politycznych i społecznych. Jest świadkiem oblężenia Festung Breslau, jest świadkiem wywózek Żydów do Treblinki, gdzie traci swoją duszę i wraca do miasta jako łup nazistowski i tak w tym mieście aż do wyzwolenia, przez czasy komunistyczne, aż do czasów współczesnych spędza życie. Spotykając przypadkowych ludzi i wchodząc z nimi w jakąś tam interakcję. Ta przedmiotowość płaszcza się wytraca i płaszcz staje się zwykłym człowiekiem.

Nie jesteś narratorem w tym spektaklu. Nie opowiadasz historii z perspektywy płaszcza, tylko jesteś jednym z bohaterów tych wydarzeń?

– Jestem świadkiem.

Ale też dzieją się z Tobą różne rzeczy, ktoś mógł Cię przerobić, wyciąć z Ciebie fragment…

– … przenicować. To jest tak, że wracam z odzysku i staję się nazistowskim płaszczem, bo trafią w ręce typowej Niemry, która jest zakochana w narodowym socjalizmie i ona dokonuje pewnego gwałtu na mojej osobie, tym kim jestem, przez to, że przypina mi swastykę. Tą samą swastykę, którą widziałem kawałek wcześniej, gdy traciłem duszę. Ona mi jako przedmiotowi już się źle kojarzy. Ten płaszcz od samego początku nabywa jakąś świadomość: od świadomości dziecka, do świadomości dojrzałej. Tak jak człowiek. Jest to taka pigułka życia. Pigułka życia ludzkiego zawarta w metaforze płaszcza. Tak to wygląda.

Jesteś rodowitym wrocławianinem. Twoja rodzina mieszka tutaj od trzech pokoleń. Czym dla Ciebie jest ten spektakl?

– Bardzo ciekawa podróż przez bardzo skomplikowane losy tego miejsca. Wrocław, Breslau, Wratislavia… miasto przechodziło z rąk do rąk przez stulecia i to dziedzictwo, które w sobie niesie to jesteśmy my teraz. Jeżeli nie zdajemy sobie z tego sprawy, to mamy takie różne naklejki tożsamościowe, o których również mówimy w spektaklu: ziemie odzyskane i piastowski Wrocław. To nie jest takie jednolite. To jest propaganda komunistyczna, która próbowała przekonać ludność, żeby jakoś zaadaptować się do tego nowego miejsca. Ja jestem trzecim pokoleniem tych przesiedlonych i się wychowywałem na wszystkich skwerach i pustych placach, które przez ostatnie 25 lat się jakoś zapełniały nowymi budynkami. Mamy dziedzictwo Stadionu Olimpijskiego, a mamy też dziedzictwo Stadionu Miejskiego, który jest naszym współczesnym dziedzictwem. O tamtym, budowanym w latach trzydziestych nie możemy jednak zapomnieć. Mamy też Urząd Wojewódzki, budynek nazistowski, który powstał w tamtych latach. Jest też masa cmentarzy i żydowskich i poniemieckich. Teraz na Ślężnej odkopano nowy cmentarz poniemiecki, który znajdował się w miejscu basenu. Nie sposób uniknąć tych wszystkich ciekawostek, które się znajdują dookoła nas. Myślę, że warto je zauważać.

Dlaczego warto przyjść na ten spektakl?

– Żeby dowiedzieć się więcej o historii tego miasta. Dowiedzieć się kim jesteśmy dzisiaj, w kontekście tego co było wczoraj.

Rozmawiał | Daniel E. Groszewski