Mariusz Urbanek: Synonim matematycznego bałwana [WYWIAD]

O niezwykłej książce „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna”, która już stała się wydarzeniem i to bez wątpienia także kulturalnym – rozmawiamy z jej autorem Mariuszem Urbankiem, których jako pierwszy w historii wielkich, znanych i cenionych na całym świecie matematyków przedstawia jako ludzi z krwi i kości. To pasjonująca, pełna wzruszeń historia.

*

Skąd pomysł na książkę właśnie o kawiarni Szkockiej i przesiadujących w niej wielkich matematykach? To przecież dla humanisty temat raczej odległy.

MARIUSZ URBANEK: – Temat był dość oczywisty, bo matematycy związani z lwowską kawiarnią Szkocką to grupa ludzi o fascynujących biografiach. Ale piszący, poza środowiskiem matematyków, omijali go dotąd szerokim łukiem z powodu zakorzenionego przekonania, że Polacy matematyki nie lubią, nie umieją, boją się. A humanista to w szkole synonim matematycznego bałwana. Ale właśnie z tych wszystkich powodów warto było tę książkę napisać.

Kiedy pomysł się narodził? Ile czasu zbierałeś materiały?

– Pierwszy tekst o twórcach szkoły lwowskiej: Stefanie Banachu i Hugonie Steinhausie opublikowałem 11-12 lat temu, a jeszcze wcześniej była fascynacja aforyzmami, dowcipem i legendą Steinhausa. Po drodze były kolejne lektury, gromadzenie materiałów i rosnące przekonanie, że to kapitalny temat.

Czy coś wydawało się tematem nie do przeskoczenia?

– Matematyczne prace Banacha, Steinhausa, Ulama, Mazura, które przeszły do historii światowej nauki. One są nie do przejścia dla człowieka bez specjalistycznego przygotowania, i nie myślę tu bynajmniej o matematyce szkolnej, która sprowadza się w istocie do arytmetyki. Ale ja pisałem o ludziach z krwi i kości, a nie o dowodach, tezach i twierdzeniach.

Moment największego wzruszenia, największych emocji?

– Emocje są zawsze, kiedy zagląda się komuś w duszę, czyta listy, dokumenty, wspomnienia, których ich bohaterowie nie mogą już skomentować, wytłumaczyć się, powiedzieć, co nimi kierowało. A przecież żyli w różnych Polskach, musieli zająć stanowisko wobec dwóch największych totalitaryzmów, jakie dotknęły ludzkość: faszyzmu i komunizmu, przeżyli dwie wojny. Ale emocje nie mogą przekładać się na pisanie, tu obowiązuje obiektywizm. Wzruszać powinni się czytelnicy.

Myślisz, że twoja książka przyczyni się do wydania w Polsce „Księgi Szkockiej”?

– W końcu na pewno się ukaże, ale akurat tu obawiałbym się konfrontacji legendy z rzeczywistością. Zadania zawarte w Księdze Szkockiej mogą być zrozumiałe i interesujące wyłącznie dla matematyków. Dla reszty to tylko ciekawostka.

Czy książka będzie dostępna we wszystkich księgarniach, czy tylko w wybranych?

– Będzie oczywiście dostępna w księgarniach w całej Polsce, w sieci Empik i Internecie, nie da się jej nie zauważyć.

Rozmawiał | Daniel E. Groszewski
Zdjęcie | arch. Mariusza Urbanka

*

Kawałek wstępu:

Stefan Banach był nieślubnym dzieckiem niepiśmiennej służącej i rekruta ck. armii, wychowankiem praczki. Został profesorem, choć zaliczył tylko dwa lata studiów. Nie przejmował się konwenansami, pasjonował plebejską piłką nożną, wydawał więcej niż zarabiał. Za kołnierz nie wylewał, od uniwersyteckiej katedry wolał dworcowy bar, a niektórzy uważali go wręcz za alkoholika.
Hugo Steinhaus, jedyny syn zamożnego dyrektora Towarzystwa Kredytowego, kształcony w Getyndze, w PRL w rubryce pochodzenie pisał „arystokracja plus burżuazja”. Nie pił i nie lubił, kiedy inni pili. Z krawatem się nie rozstawał, w rachunkach był więcej niż skrupulatny. Językowy purysta, uważał, że słowo „problem” nie istnieje, są wyłącznie „problematy”. A doktorantowi, który przedstawiając się podał nazwisko przed imieniem gotów był złamać karierę.
Stanisław Ulam miał zostać adwokatem jak ojciec, albo architektem jak dziadek. Ale wolał patrzeć w gwiazdy i czytać fantastyczno-naukowe powieści Juliusza Verne’a. Był chodzącym w chmurach marzycielem, któremu przyszło budować w Los Alamos bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. A potem wziął się za konstruowanie bomby wodorowej, jeszcze straszniejszej, którą chciał zapewnić światu pokój.
Stanisław Mazur, potomek statecznego właściciela cukierni, był komunistą, który wierzył, że komunizm to najlepszy na świecie ustrój, ale nie chciał korzystać z przywilejów, jakie mu oferował. Słynął z poczucia humoru, błyskawicznego refleksu i niechęci do publikowania nawet najbardziej odkrywczych prac. Poza tym szybko się nudził i nie radził sobie nawet z prostymi rachunkami podczas zakupów w kiosku Ruchu.
W świecie zwykłych ludzi raczej by się nie spotkali, a jeśli nawet, to minęliby się obojętnie. W świecie matematyki stworzyli legendę, choć zetknął ich przypadek. Steinhaus usłyszał, jak ktoś na krakowskich Plantach dyskutuje o całce Lebesgue’a. Tym kimś był Banach.
Przez wiele lat spotykali się przy marmurowym stoliku kawiarni „Szkockiej” we Lwowie, by rozmawiać o matematyce. Nazwano to Lwowską Szkołą Matematyczną. Pozostał po tych spotkania zwykły zeszyt w kratkę z zadaniami, których nie rozwiązano do dziś, i prace, będące fundamentem kilku dziedzin matematyki.
Przeszli do historii nauki i do anegdoty. Tam, gdzie trafiają tylko Genialni.

genialni