Marta Mielcarek: Satanellę księżyc porwał…

Juliana Tuwima i Leszka Możdżera łączy bardzo wiele. Obaj wybiegają swoją myślą artystyczną daleko poza „tu i teraz” –  tworzą bowiem dzieła, które są uniwersalne. Odczytywane, słuchane po latach, urzekają świeżością, nabierając jedynie znaczenia dodatkowego, ze względu na nowy kontekst, przeczuwany, przez twórców, u zarania rodzącego się pomysłu. Juliana Tuwima i Leszka Możdżera łączy także wybitna wyobraźnia artystyczna i perfekcjonizm w trakcie procesu tworzenia oraz niewyczerpane źródło twórczej inwencji. Osobowości poety i kompozytora splotły się za sprawą  reżysera „Balu w operze”,  Wojciecha Kościelniaka.

  Poemat „Bal w operze” powstał latem 1936 roku i wzbudził w środowisku Tuwima wielkie emocje. Czym tak szokował? Zawrotnym tempem narracji? Mieszaniną słów, symboli dotyczących sfery sacrum i profanum? Zapewne i tym wszystkim, ale najbardziej – porażającą głębią przesłania, które i wtedy i dziś przenosi nas w perspektywę kosmiczną. Perspektywę, którą niezwykle trudno przyjąć, wymaga ona całkowitej zmiany myślenia, spojrzenia na otaczający świat, ludzi, siebie w najwnikliwszy z możliwych sposobów. Czy można  w pełni wszystkie te  sensy oddać za pomocą słów? „Bal w operze” to utwór na wskroś muzyczny, kipiącym dźwiękami, wedle temp i rytmów konstruowany tak, by pozornie linearny zapis przeniósł nas w sferę trójwymiarowej percepcji. Komu Julian Tuwim powierzyłby napisanie muzyki do swojego poematu? Gdyby spotkanie obu twórców  było możliwe, najpewniej do wykonania tego zadania, wybrałby Leszka Możdżera. Pomysł na umuzycznienie „Balu w operze” , który kompozytor  zrealizował, przenosi nas w takie właśnie rejony – kosmiczne, wrażeń muzycznych, estetycznych – najwyższej jakości.

  Aura letnia sprzyjała pracy twórczej Tuwima, sprzyjała też aktorom Teatru Capitol z Wrocławia, którzy po kilkunastu latach od premiery spektaklu, 2 czerwca 2015 roku, za sprawą Leszka Możdżera, zaprezentowali  „Bal w operze” publiczności Enter Enea Festival. Spektakl przedstawiono widzom w formie koncertowej, czyli bez choreografii oraz bez kostiumów. Natomiast, co istotne, z wyświetlanym na ekranie tekstem poematu, idealnie zsynchronizowanym z partiami wokalnymi – solo , w duetach i śpiewanych unisono. Jednoczesne śledzenie tekstu, słuchanie partii wokalnych oraz muzyki granej przez zespół (fantastyczny Adam Skrzypek), było bardzo ważnym doświadczeniem.

  Artyści utrzymali równowagę pomiędzy przekazem emocjonalnym a perfekcyjnym podążaniem za tempem, zmianami w stylistyce i ekspresji , które dyktowała partytura. Nieprawdopodobnym zestawieniom zgłosek, brzmień w poemacie, towarzyszyła cała parada muzycznych, gatunkowych wycieczek. Ze świata jazzu przechodziliśmy płynnie w świat rytmów ludowych, reggae i rockowych. Barwa głosów poszczególnych artystów wyzyskana w forte lub na odwrót – w piano, delikatnie, w melizmatach (jakże trafnie przypisano aktorów do poszczególnych wersów – słychać to chociażby w  interpretacjach Justyny Szafran, Sambora Dudzińskiego czy Jacka Bończyka), siła głosu poszczególnych osób z  zespołu, nadająca kształt całej opowieści, wyznaczająca punkty węzłowe akcji (przekaz Cezarego Studniaka , Konrada Imieli, Mariusza Kiljana), wzajemne słuchanie się  artystów na scenie (czujność Barbary Melzer i Bogny Woźniak-Joostberens), świadomość tworzenia jednego organizmu, perfekcyjnie naoliwionej machiny (bracia Kamińscy, czy Beata Wyrąbkiewicz), sprawiły, że spektakl ten był ABSOLUTNIE  DOSKONAŁY!!! Co więcej, realizacja tego, niełatwego na poziomie tekstu i na poziomie muzyki, materiału, na scenie Enter Enea Festival okazała się znacznie ciekawsza w przekazie niż wykonanie premierowe. Zostało wzbogacone bowiem o lata pracy scenicznej artystów oraz, co bezcenne, o lata ich doświadczeń osobistych. Dojrzale i głęboko wybrzmiały interpretacje, techniczne umiejętności wzbudziły podziw. Prowadzeni przez Leszka Możdżera za fortepianem, artyści,  rośli razem z dźwiękami, coraz pełniej artykułując wszystkie sensy poematu.  Wszelkie inne środki sceniczne stały się w tej sytuacji absolutnie zbędne. Zespołowi udało się dokonać czegoś niemożliwego. Jako słuchacze zeszliśmy w rejony najgłębsze, jednocześnie ulatując najwyżej. A wszystko to w scenerii księżycowej pełni, pod niebem, nad taflą wody niosącą dźwięki na drugi brzeg.

Autor | Marta Mielcarek