#MeToo, no nie, ja chyba nie…

Ten hashtag widzę wszędzie, za każdym razem, gdy wchodzę do sieci, gdzieś się pojawia. #JaTeż napisały miliony kobiet na całym świecie. Mówią głośno: ja też byłam molestowana, ja również doświadczyłam przemocy seksualnej. A ja? Ja chyba nie, nie wydaje mi się…

Nie, nie byłam molestowana. Nikt mnie nie przycisnął do ściany i nie zgwałcił, więc chyba nie. Nie zbierałam zakrwawionej bielizny z podłogi, nie tłumaczyłam się policjantom z tego, jakiej długości spódnicę miałam tego dnia na sobie i czy wypiłam drinka. Więc nie byłam molestowana, no nie. Co najwyżej zrezygnowałam kiedyś z kółka teatralnego. Na początku było miło, fajni ludzie, luźna atmosfera. To dobrze spotkać taką grupę na początku studiów, jakoś łatwiej. Tylko ten starszy reżyser, „opiekun”, jakiś taki rubaszny. Przechodząc obok zawsze ocierał się o moje piersi. Piersi? Piersiątka, ledwie odrosłe od klatki piersiowej wyrostki. Nie ważne jak bardzo się odsuwałam, on zawsze znalazł sposób. I te żarty zawsze z podtekstem, zawsze przyprawione oślinionym uśmiechem.  – Chyba możemy sobie pożartować, w końcu wszyscy tu jesteśmy dorośli – mówił, a my w poczuciu tej dorosłości milkliśmy. Któregoś dnia stojąc przed salą prób po prostu odwróciłam się na pięcie i odeszłam.

Był jeszcze promotor. Fajny facet, świetny pedagog, ceniony profesor. Zawsze pomocny, zawsze przyjacielski, trudno go było nie lubić. I tylko raz, kiedy omawialiśmy moją magisterkę w jego gabinecie, kiedy nie mógł się mnie nachwalić, to chwalenie mnie zakończył całusem. Ot niewinnym całusem, później jeszcze kolejnym i następnym. To przecież nic zdrożnego. To co, że był 30 lat starszy, to co, że ostatnie lata był moim wykładowcą, a teraz to od niego zależało, jak potoczy się mój planowany doktorat. To co, że byłam przerażona, skamieniała i niema. W końcu wszyscy jesteśmy dorośli. Kiedy uwolniłam się z jego uścisku i zamknęłam za sobą drzwi wiedziałam już, że nie otworzę ich ponownie. Zrezygnowałam. Później dostawałam maile i telefony od innych dziewczyn w mojej sytuacji. Pracowałam już w gazecie i pewnie powinnam była coś z tym zrobić, ale nikt mi nigdy nie powiedział, że mogę, że tak należy.

Bo w gazecie byłam „kochaniem” – tak zwracał się do mnie szef. Mówił: kochanie zrób to, kochanie napisz o tym, maleństwo zostań dzisiaj na dyżurze. Nikt nigdy nie zareagował. Nie skarcił go żaden szef działu, żaden naczelny, nikt. Nie ochrzaniła go żadna starsza stażem redaktorka. Czasami tylko uśmiechały się z politowaniem, jakbym sobie na to zasłużyła, bo taka młoda jestem i nie wiadomo co tu robię, po co się kręcę i co mi się wydaje. Kiedyś podczas dyżuru, kiedy w redakcji zostało już najwyżej kilkanaście osób, zaproponował, bym usiadła mu na kolanach. Początkowo sądziłam, że się przesłyszałam. Kiedy powtórzył zaproszenie zaprotestowałam głośno. Wylewał się ze mnie potok słów: że przecież jest moim szefem, jak on może, przecież powinnam go szanować…

Szanować…, to wszystko kwestia szacunku. My z tego szacunku nie wiemy, co zrobić, jak się zachować. Bo przecież starszy, bo szef, bo wykładowca. A od dziecka nam wmawiano, że takich szanować trzeba. I chyba ten szacunek odbierany jest jako uległość, furtka do tego, by swego szacunku nie okazywać.

Często powtarzam, że sprawę z mężczyznami używającymi siły wobec kobiet powinni załatwić inni mężczyźni, bo wiecie co panowie – ci faceci, którzy uważają, że mają prawo obmacywać, znieważać, zastraszać, bić i gwałcić kobiety naprawdę nie robią wam dobrze. A przecież wśród was są też świetni faceci, oddani bracia i synowie, pełni miłości mężowie, ojcowie i przyjaciele. Dlatego nie bójcie się interweniować, kiedy usłyszycie, jak mężczyzna wyzywa kobietę, nie obawiajcie się zabrać głos, gdy słyszycie jak szef robi dwuznaczne propozycje waszej koleżance, bo te wszystkie kobiety nie są tylko cyferkami w dziennikach statystycznych, ale są waszymi matkami, siostrami, przyjaciółkami, żonami, a wreszcie córkami. A przecież nie pozwolilibyście, by jakiś typ znieważał wasze córki, prawda?


Autor: Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka