Michał Hernes: Dwie drogi do wojny – polska i amerykańska

Gdy patrzę na obecne konflikty i kryzysy w Polsce, przypomina mi się historia prezydenta USA Lyndona Johnsona, który zrobił wiele dobrego, ale jest pamiętany przede wszystkim przez pryzmat wydarzeń bardzo złych.

Lyndon Johnson został zaprzysiężony na prezydenta Stanów Zjednoczonych po zabójstwie Johna F. Kennedy’ego w 1963 roku. Rok później wygrał kolejne wybory z najwyższym odsetkiem głosów w historii prezydenckich wyborów w USA (61 proc). Przeprowadził wiele reform społecznych, realizując autorską ideę stworzenia „Wielkiego Społeczeństwa”. Obejmowała ona program walki z ubóstwem, ustawę o prawach obywatelskich, pomoc w dostępie do opieki medycznej i edukacji, czy program rozwoju zapóźnionych terenów. Stworzył również podstawy do pełnego równouprawnienia czarnoskórych i białych mieszkańców Ameryki. Za jego kadencji został rozwinięty program podboju kosmosu.

Po poprzedniku Johnson „odziedziczył” wojnę w Wietnamie i choć był jej przeciwnikiem, nie zdołał jej zatrzymać. Marząc o zwycięskim zakończeniu tego konfliktu, zwiększył zaangażowanie wojsk amerykańskich w Wietnamie, za co był krytykowany. Wszystko to przesłoniło jego plan „Wielkiego Społeczeństwa”, powodując gwałtowny spadek jego popularności.

Ten umiarkowany konserwatysta potrafił się jednak przyznać do błędu i zakończył swoją prezydenturę z wielką klasą, ogłaszając – wbrew pierwotnym planom – że nie będzie ubiegał się o reelekcje.

Szkoda by było, gdyby obecny rząd zapamiętano przede wszystkim przez pryzmat konfliktów wokół Trybunału Konstytucyjnego i aborcji, a nie za program 500+.

Swoją drogą polecam film „Citizen Ruth” dwukrotnego zdobywcy Oscara Alexandra Payne’a. To wnikliwa i celna satyra, która na przykładzie sporu wokół aborcji ciekawie pokazuje do jakich absurdów mogą prowadzić konflikty, w których obie strony są zbyt zacietrzewione.

Autor | Michał Hernes