- REKLAMA -

American Film Festival to dla mnie czas boskiego chilloutu, kiedy odpoczywam, oglądając bardzo dobre i ciekawe filmy.

Z definicją amerykańskiego kina niezależnego jest trochę jak z dyskusją, czy w meczu piłki nożnej był spalony. Diabeł tkwi w szczegółach i czasem nie sposób orzec, czy cienka czerwona linia została przekroczona, czy też nie. Nic więc dziwnego, że definicja „indie movies” przysparza problemów nawet ekspertom od tych filmów. Mam na myśli chociażby Hala Hartleya i Davida Gordona Greena, którzy rozmawiali na ten temat w czasie tegorocznej edycji festiwalu.

W dniu jego otwarcia, na Akademii Kina Światowego zaprezentowano „Pięć łatwych utworów” Boba Rafelsona jako przykład kina drogi, tymczasem w zapowiadającym film wykładzie profesor Krzysztof Kornacki tłumaczył, dlaczego nie za bardzo zgadza się z takim zaszufladkowaniem produkcji, w której samochodowe podróże obejmują jakieś dwanaście minut całego filmu.

Czym więc jest kino niezależne? W konkursie dokumentów nagrodę publiczności otrzymał „Transfatty żyje”. Reżyser tej produkcji zachorował na stwardnienie zanikowe boczne, czyli paskudną chorobę, która powoduje paraliż kolejnych części ciała i problemy z oddychaniem, przy zachowaniu prawidłowego funkcjonowania mózgu. Młody filmowiec postanowił skierować na siebie kamerę, by opowiedzieć o tym, jak choroba go zmieniła. Niegdyś imprezowicz i lekkoduch, z jednej strony przewartościował wiele spraw, ale z drugiej nie utracił poczucia humoru i talentu do niekonwencjonalnych pomysłów. Sam film zrealizował przede wszystkim po to, by w przyszłości mógł go obejrzeć jego syn.

Innym przebojem American Film Festival okazała się, nakręcona iPhonem, awanturnicza „Mandarynka”. Akcja tego komediodramatu rozgrywa się w boże narodzenie. Czarnoskóry transwestyta po 28 dniach spędzonych w więzieniu wychodzi na wolność i dowiaduje się, że został zdradzony przez swojego chłopaka, a zarazem alfonsa, z białą prostytutką. Ta zniewaga rozróby wymaga. Wyszła z tego zaskakująca i szalona filmowa jazda bez trzymanki. Ten film jest dowodem, jak można zrobić coś z niczego przy małym budżecie. Niektórzy widzowie doszli do wniosku, że jej fabuła to rwetes jakby żywcem wzięty z kultowej gry komputerowej „GTA”.

Z nieco innej strony na podobny problem spojrzała reżyserka „Selmy” Ava DuVerney w debiutanckim „W szczerym polu”. Główną bohaterką filmu uczyniła czarnoskórą inteligentną i wrażliwą dziewczynę (ogląda w kinie europejskie produkcje, na których- ku przerażeniu jednego z jej adoratorów- trzeba czytać napisy!), czekającą, aż jej mąż wyjdzie z więzienia za dobre sprawowanie. Obiecała mu, że pozostanie mu wierna. Czy zdoła dotrzymać słowa? Amerykanka zrealizowała film skromny, przejmujący i świetnie zagrany.  Nie ma w nim miejsca na łatwe rozwiązania. Jego autem jest świetna ścieżka dźwiękowa.

Na festiwalu było też miejsce na film „Kryzys to nasz pomysł” Davida Gordona Greena, w którym główne role zagrali Sandra Bullock i Billy Bob Thorton. Amerykański filmowiec tłumaczył, że to przykład niezależnego filmu zrealizowanego za pieniądze wielkiej wytwórni filmowej. To zainspirowana autentycznymi wydarzeniami opowieść, w której humor nie zawsze wysokich lotów spotyka się z gorzkimi refleksjami na temat polityki i współczesnego świata. W tej produkcji zabrakło mi jednak artystycznego pazura twórcy „Sztamy”, czyli filmowca inspirującego się dziełami Roberta Altmana i Terrenca Malicka. W jego najnowszym filmie nie widać problemów z budżetem, a prawda jest taka, że wyreżyserować mógłby go każdy sprawny reżyser. Pytanie więc brzmi, czy to wciąż kino niezależne. Znów powrócę do analogii do piłki nożnej- można się nie zgadzać, ale werdyktu sędziego nie da się już cofnąć. Ale czy na pewno?

Bardziej zachwycił mnie „Ned Rifle” Hala Hartleya, czyli trzecia część trylogii, która powstawała przez jakieś trzydzieści lat (wcześniejsze jej odsłony to „Henry Fool” i „Fay Grim”). Amerykański filmowiec znakomicie balansuje między magią prozaiczności i banału, a obsesjami swoich bohaterów. W roli głównej obsadził utalentowaną i seksowną Aubrey Plazę. Ta była początkowo zaskoczona, gdy usłyszała od niego, że w tym filmie nie ma miejsca na improwizacje, będzie więc musiała wypowiadać wszystkie kwestie napisane w scenariuszu i poruszać się tak, jak nakaże jej Hartley. Amerykanin był jednak zadowolony z końcowego efektu, podkreślając, że Plaza nie była wcześniej obsadzana w rolach na miarę jej możliwości, dając jej pole do popisu także w umiejętnościach fizycznych.

Hartley i wspomniany wcześniej Gordon Green zostali na festiwalu uhonorowani nagrodą Indie Star Award za wybitny wkład w amerykańskie kino niezależne. Obu filmowców zawsze cieszą wyjazdy na zagraniczne festiwale, gdzie mogą się skonfrontować z opiniami i reakcjami miejscowych widowni. Hartley zauważył, że czasem skutkuje to niespodziankami i przykładowo odkrywa, że widzowie śmieją się nie w momencie, który miał być zabawny, tylko dwie minuty wcześniej. Cóż, co kraj, to poczucie humoru.

A gustach się nie dyskutuje.  Magia American Film Festival polega zaś nie tylko na wysokim poziomie filmów, ale też na tym, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Przystępna może się okazać nawet, groźnie zapowiadająca się z opisu, impresja filmowa „Serce psa” Laurie Anderson.

Pozytywną niespodzianką okazał się też „The End of the Tour” z Jasonem Segelem i Jesse Eisenbergiem, opowiadający prawdziwą historię spotkania amerykańskiego dziennikarza z ekscentrycznym i tajemniczym pisarzem, Davidem Fosterem Wallace’em.

Zachwycił mnie również dokument „Larry Kramer: kocha i nienawidzi”, nakreślający sylwetkę kontrowersyjnego bojownika o prawa gejów. Ten homoseksualny pisarz i dramaturg, autor „Odruchu serca”, zasłynął książką „Pedały”, w której postawił tezę, że gejom bardziej zależy na przypadkowym seksie, niż na miłości i autentycznym uczuciu. Nie spodobało się to w homoseksualnym środowisku, ale Kramer zrobił dla niego wiele dobrego, gdy pojawiła się tajemnicza choroba, nazwana później AIDS.

Wiele o tej dziwnej Ameryce dowiedziałem się także z innych filmów dokumentalnych, takich jak „Ofiary proroka”, „Witajcie w Leith”, „America Recycled” czy „Prawda o JT LeRoyu”.

Przyglądając się wszystkim stanom amerykańskiego kina, od optymistycznych i krzepiących po smutne i refleksyjne, odczuwałem boski chillout (tytuł komedii Davida Gordona Greena) kinomana odkrywającego przeróżne paradoksy i kontrasty amerykańskich filmów. Doszedłem też do wniosku, że nie ma sensu szukać definicji kina niezależnego, skoro kiedyś w Ameryce kręcono za małe pieniądze kiczowate filmy o kosmitach, potworach, pościgach i scenach walki, podczas gdy ambitne tematy podejmowano w wystawnych superprodukcjach. Co prawda teraz przeważnie jest odwrotnie, ale wierzę, że sytuacja w każdej chwili może się odmienić (albo zrównoważyć) za sprawą takich ludzi, jak David Gordon Green, Hal Hartley czy Joe Swanberg.

Autor | Michał Hernes