Filmom superbohaterskim jestem w stanie sporo wybaczyć. Czy wybaczyłem filmowi „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”, czy też moja niechęć do niego jest bardziej uzasadniona, niż konflikt między tytułowymi antagonistami?

Elżbietanie uważali, że do zadań kronikarza należy określanie przyczyn wydarzeń. Niewykluczone, że mieliby problem z ustaleniem, dlaczego Batman i Superman są tak bardzo skłóceni w najnowszym filmie Zacka Snydera. I wcale nie oczekiwałem od scenarzystów tego filmu szekspirowskiej wnikliwości.

Poeta W.H. Auden w jednym z wykładów o Szekspirze słusznie zauważył, że „niezależnie od stałych cech ludzkich, mimo że nasze zachcianki nadal pozostają źródłem emocji, namiętności i pragnień, głównym punktem zainteresowania pism historycznych wydają się umiejętności i wolność wyboru”.

Przed seansem „Świtu sprawiedliwości” ciekawiło mnie, jakie umiejętności zaprezentują bohaterowie tej produkcji i jakich dokonają wyborów. Nie oczekiwałem filmu na miarę „Mrocznego rycerza” Christophera Nolana, bądź „Powrotu Batmana” Tima Burtona. Nie miałem też zbyt wielkich oczekiwań względem osoby i charyzmy Supermana, który chyba zawsze pozostanie nijakim harcerzykiem. Więcej oczekiwałem od Bena Afflecka i szkoda, że nie dostał ciekawiej napisanej postaci.

Największa wada tego filmu to jednak brak właściwego tempa i rytmu. Jest stanowczo zbyt długi, pojawia się w nim zbyt wiele wątków i bohaterów, a początkowe 2/3 mogą wzbudzić u widza zniecierpliwienie, rozczarowanie i irytacje. Dopiero pod jego koniec poczułem namiastkę epickiego rozmachu kina z potencjałem, ale to za mało. To film, który mógłby się zacząć półtorej godziny później, a skończyć pięć minut wcześniej.

Szkoda, bo po reżyserze „Watchmen. Strażników” oczekiwałem czegoś więcej. W trakcie seansu przypomniały mi się słowa twórcy „Labiryntu fauna” Guillermo del Toro. Powiedział on, że jego ulubionymi filmami superbohaterskimi są „Przed wschodem słońca”, „Przed zachodem słońca” i „Przed północą”, bo trudniej jest żyć dla kogoś, niż za niego umierać.

Jeśli o mnie chodzi, zdecydowanie wolę żyć dla filmów, które kocham, niż umierać z nudów na tych, po których oczekiwałem czegoś więcej. Przykro to przyznać, ale Zack Snyder tak mnie zniechęcił do „Ligi sprawiedliwych”, że jestem bliski przerzucenia się na hollywoodzkie musicale.

Autor | Michał Hernes

 


ZWIASTUN