Michał Hernes: Magia braku prądu

Chwilowy brak prądu okazał się strzałem w dziesiątkę i nie żałuję, że poszedłem do teatru na „Gałgana”, choć grający w nim muzyk Grzegorz Dowgiałło powiedział w pewnym momencie do aktorki Marii Kani, że dobrze, że tamtego dnia na widowni nie siedziała reżyserka spektaklu, Ewelina Marciniak.

Kocham teatr i nie zgadzam się z tezą postawioną niegdyś przez Jerzego Grotowskiego, który obawiał się, że gdy teatry upadną, nikt tego nie zauważy. Wierzę też, że się nie skomercjalizują i nie powrócą czasy, kiedy biegały po nich dzikie zwierzęta. Miało to miejsce w czasach teatru elżbietańskiego.

Zdarza się, że najciekawsze rzeczy dzieją się na małych scenach. Czasem warto poświęcić uwagę kameralnym spektaklom, takim jak chociażby „Gałgan” Eweliny Marciniak. To muzyczno-kryminalna opowieść o toksycznej rodzinie, koncertowo zagrana przez Marię Kanię i niewidomego muzyka Grzegorza Dowgiałło. Z powodu napiętego harmonogramu obejrzałem ten spektakl dopiero niedawno, ale trafiłem na moment niezwykły i zaskakujący – nagle nastąpiła awaria prądu i aktorzy musieli improwizować. Maria Kania bardzo przytomnie na to zareagowała, a ten incydent spotęgował histerię granej przez nią postaci i znakomicie wpisał się w ducha spektaklu. Zrobiło się z tego cudowne i przejmujące zamieszanie. Cieszę się, że zgodnie z radą dobrych znajomych usiadłem w pierwszym rzędzie. Po zakończeniu pierwszego rozdziału „Gałgana” Grzegorz Dowgiałło powiedział do Kani, że dobrze, że na spektaklu nie było tego dnia jego reżyserki, Eweliny Marciniak. Osobiście uważam, że bardzo by się jej spodobał. Sam doświadczyłem zaś czegoś wyjątkowego i jedynego w swoim rodzaju. Kryje się w tym magia teatru, której nie doświadczysz w kinie. Właśnie za spektakle takie jak „Gałgan” kocham Wrocławski Teatr Współczesny. Ta miłość rozpoczęła się przed laty, za sprawą „Nakręconej pomarańczy” Jana Klaty i „Nie do pary” Agnieszki Olsten. Oba te przedstawienia zostały zainspirowane bardzo ważnymi dla mnie arcydziełami – książką Anthony’ego Burgessa i dramatem Andrew Bovella.

Jak widać, w teatrze jestem mocno zakochany. Niedawno miałem zaszczyt zrobić wywiad z reżyserką teatralną i filmową Juliet Taymor, znaną z filmów „Tytus Andronikus”, „Frida” i „Across the Universe”. W teatrze wystawiła między innymi musicalowe wersje „Króla Lwa” i „Spidermana”. W jej filmowej wersji „Burzy” Prosperę zagrała zaś Helen Mirren. Gdy opowiedziałem jej, że w spektaklu Krzysztofa Garbaczewskiego, wystawionym w Teatrze Polskim we Wrocławiu, w Prosperę również wcieliła się kobieta, bardzo ją to ucieszyło. Zastanawiała się, czy to inspiracja jej filmem, czy przypadek. Wytłumaczyła, że przemienienie Prospera w kobietę absolutnie ma sens i sprawdza się. W końcu to kobiety piętnowano za uprawianie czarnej magii, a relacje między matką a córką prezentują się ciekawiej niż z ojcem.

Gdy podczas rozmowy nawiązałem do dramatu „Żałoba przystoi Eleketrze” Eugene O’Neila, Taymor stwierdziła, że jestem bardzo zainteresowany teatrem. Kiedy jednak przed laty ubiegałem się o praktyki w dziale kultura jednej z wrocławskich gazet, nie potrafiłem odpowiedzieć na pytanie, kim był Jerzy Grotowski. Nie krytykuję więc za tę niewiedzę dziennikarki Anny Wendzikowskiej, choć nic nie usprawiedliwia tego, że dała się nabrać na prowokacje, w ramach której poproszoną ją o poprowadzenie spotkania z Charlesem Bukowskim.

Z kolei kiedy trzy lata temu rozmawiałem z amerykańskim dramaturgiem, Tony’m Kushnerem, postanowiłem zapytać go właśnie o Grotowskiego. Nie pamiętam już, czy chciałem go zagiąć, czy był to wynik czystej ciekawości. Kushner odparł, że zna jego spektakle, ale widział je, kiedy był na to jeszcze zbyt młody. Bardziej inspirujący okazał się dla niego Kantor, natomiast Kushnera zainspirowały dwie osoby, na których Grotowski był bardzo ważny. Chodzi o Josepha Chaikina i Judith Malinę. Kompletnie nie spodziewałem się takiej odpowiedzi, będącej świadectwem wnikliwości i niesamowitej erudycji.

Zdziwiły mnie zaś następujące słowa Kushnera:

„Los chciał, że kraje takie jak Polska i Afganistan były bądź są świadkami olbrzymiej przemocy. Nie wiem, czy też wpadliście na porównanie, które mam na myśli. Kiedy pisałem dramat o Afganistanie, olśniło mnie, że analogicznie do twojej ojczyzny, ten kraj znajduje się niejako w centrum wszystkiego. Kiedy jakieś państwo ma imperialistyczne zapędy, nie może działać, nie wkraczając jednocześnie na teren afgański bądź polski.”

Przypominam, że powiedział mi to w 2012 roku. Zastanawiałem się wtedy, czy nie jest to objaw lekkiej ignorancji u tak wspaniałego i inteligentnego człowieka. W świetle ostatnich wydarzeń nie jest mi już do śmiechu.

To wspomnienie tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że każde spotkanie z osobą związaną z teatrem jest dla mnie inspirujące i ważne. Niedawno miałem zaszczyt porozmawiać z przepiękną aktorką Carlą Gugino. Na początku wywiadu powiedziała mi z uśmiechem na twarzy, że uwielbia polski akcent, którego musiała się nauczyć do ról w filmie „Sucker Punch” i do spektaklu „Wybór Zofii”, w którym zagrała główną rolę. Aż żałowałem, że nie mieliśmy czasu, by dłużej porozmawiać o teatrze.

Ten felieton rozpocząłem od opisu mojego magicznego doświadczenia podczas oglądania małego, kameralnego spektaklu. Postanowiłem, że podobnie go zakończę. Przed laty magiczny był dla mnie polsko-rosyjski spektakl „10.04” Teatru Ad Spectatores. Wystawiono go raptem kilka razy, ale z pewnych względów jest dla mnie szczególny. Opowiada on o różnych reakcjach na katastrofę smoleńską. Gdy usłyszałem, że powstaje takie przedstawienie, napisałem do jego reżysera, Macieja Masztalskiego i streściłem mu swoją opowieść. Poprosił by ją spisać i przekazał scenarzyście Krzysztofowi Kopce. O dziwo weszła do spektaklu.

W formie krótkiego dialogu spisałem anegdotę z mojego życia. W pierwszej połowie kwietnia 2010 roku byłem w Toronto. 12.04 jechałem taksówką na lotnisko i wdałem się w rozmowę z sympatycznym hinduskim kierowcą. Pytał się mnie, co widziałem i jak mi się podobało. W pewnym momencie zapytał, skąd jestem. Kiedy odparłem, że z Polski odparł, że bardzo mu przykro. Wywiązała się z tego tragikomiczna, zaskakująca rozmowa. Chwilami można było odnieść wrażenie, że obcokrajowiec bardziej niż ja przejął się katastrofą.

Ta krótka historyjka to nic wielkiego, ale zobaczyć na scenie Michała, studenta z Polski było uczuciem surrealistycznym, acz miłym. Bawiła mnie zwłaszcza przerysowana i zaskakująca dla mnie gra aktorów.

Krzysztof Kopka powiedział mi wtedy, że mam w sobie fajną ciekawość świata i ludzi. Namawiał mnie też do pisania. Prawdopodobnie chciał być miły, ale to dla mnie ważne i niezapomniane przeżycie. Zwłaszcza, że poznałem także twórcę rosyjskiej części spektaklu, sympatycznego wnuka Tupolewa.

Od pisania dramatów zdecydowanie wolę jednak szukać magicznych chwil na widowni. Przykład „Gałgana” dowodzi, że absolutnie jest to możliwe. Spotkanie z tym spektaklem okazało się dla mnie zaskakujące i inspirujące.

Autor | Michał Hernes

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPatryk Wolny: 45 minut na felieton
Następny artykuł„Minionki” premierowo na ekranach wrocławskich kin [KONKURS]
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.