Michał Hernes: Moje spotkania z Andrzejem Wajdą

Z Andrzejem Wajdą spotkałem się dwukrotnie – rok temu i kilka miesięcy temu. Za każdym razem było to wielkie i niezapomniane przeżycie – wspomina Michał Hernes.

Po raz pierwszy miałem okazję pogadać z reżyserem „Wesela” podczas krakowskiego Festiwalu Muzyki Filmowej. Przed dedykowanym mu koncertem muzyki z jego filmów postanowiłem przewrotnie zapytać go, czy myśli wzrokiem. Odparł, że jak najbardziej, dodając, że wszak studiował w Akademii Sztuk Pięknych. Potem dodał (cytuję za Stopklatka.pl):
„Swego czasu pojechałem do Berlina na koncert, w ramach którego wielką berlińską orkiestrą symfoniczną dyrygował Herbert von Karajan. Podczas dyrygowania Karajan siedział, był już bardzo stary. Po powrocie do Warszawy spotkałem polskiego dyrygenta, Jana Krenza i powiedziałem mu, że widziałem Karajana. Krenz odparł na to: Chyba go słyszałeś, na co raz jeszcze powtórzyłem, że obserwowałem tego starszego pana, który nie mógł już ustać. W tym czasie orkiestra porywająco grała piątą symfonię, podczas gdy ja skupiałem się na Karajanie, tak jakby myślącym, że to niekoniecznie musiało być zagrane właśnie w ten sposób”.

Choć już wtedy zaimponował mi swoją pamięcią, intelektem i energią, to ledwo chodził, poruszając się balkonikiem, a ja ogromnie cieszyłem się i byłem przekonany, że kolejna okazja do spotkania już się nie nadarzy.

Nic bardziej mylnego. Ponownie spotkałem się z nim we Wrocławiu kilka miesięcy temu. Wspominał wtedy na przykład czasy, kiedy w 1948 roku pracował we wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych nad Wystawą Ziem Odzyskanych. Zarobił wtedy pierwsze pieniądze i spełnił swoje marzenie o kupnie skórzanej kurtki niemieckiego oficera marynarki wojennej. Ta kurtka długo mu służyła, ale w trakcie zdjęć do jednego z jego filmów popsuł ją… Daniel Olbrychski.

Wajda poprosił w pewnym momencie swoją żonę, by zrobiła zdjęcie i wszedł w rolę reżysera, instruując ją, jak ma wykonać tę fotografię; gdzie stanąć, żeby oświetlenie i kompozycja kadru były jak najlepsze. Wspominał wówczas, że ojciec bardzo chciał, by został oficerem. W młodości pojechał więc do Lwowa, by dostać się do korpusu kadetów. Pojechał tam z ojcem, ale bardzo szybko zorientował się, że nie ma szans, by zdać egzamin. W tym momencie jego żona dodała: „bo go oblałeś”.

To było niesamowite. Obserwowałem mistrza w akcji i formie.
Właśnie takiego go zapamiętam – pełnego energii i humoru.

Autor | Michał Hernes