Michał Hernes: Niebezpieczna wyprawa rowerowa w sam środek piekła

– Stłuczenie było bolesne, ciężko mi się oddychało. Niebezpiecznych sytuacji mieliśmy więcej – o swojej intrygującej podróży opowiadają, mieszkający we Wrocławiu, Magdalena Mokrzan i Marcin Korzonek.

Zdecydowali się na dziki teren, gdzie nie zapuszczają się rowerzyści. Poszukiwali przygody, choć wiązało się to z wieloma zagrożeniami. Nie znaleźli relacji ani jednego rowerzysty, który by tamtędy przejechał z pełnym ekwipunkiem, bez wsparcia. Ta niepewność była jednak bardzo ekscytująca i pchała ich do przodu. Magdalena Mokrzan, wraz z Marcinem Korzonkiem, odbyła ryzykowną wyprawę rowerową przez Pustynię Danakilską w Etiopii. To najbardziej gorące miejsce na Ziemi.

Dla Magdaleny Morzkan była to pierwsza podróż przez tereny pustynne, choć, zanim poznała Marcina Korzonka, miała już za sobą trzy rowerowe eskapady. Wszystkie samotne, również przez regiony o nie do końca stabilnej sytuacji politycznej, jak choćby Kosowo. Jednak sama Etiopia i Pustynia Danakilska to zupełnie inny wymiar przeżyć, inny świat. Korzonek podkreśla, że pustynie są niezwykłe i uwielbia je przemierzać na rowerze. Po raz pierwszy jechał przez jedną z nich w 1998 roku, w drodze z Wrocławia do Egiptu. Do tej pory odwiedził ich osiem, m.in. Saharę, Pustynię Syryjską i Gobi. Niby wkoło nic nie ma, ale ta pustka fascynuje- każda pustynia jest inna. Ta w Etiopii mocno się wyróżnia pod wieloma względami. Odkąd poznał się z Magdaleną Mokrzan, planowali podróż, która będzie dla nich wyzwaniem. Zdecydowali się na dziki teren, gdzie nie zapuszczają się rowerzyści, a nieliczni turyści obserwują to niezwykłe miejsce z okien terenowych samochodów, wysiadając na zewnątrz tylko na krótkie chwile. Poszukiwali przygody. Chcieli doświadczyć tego niecodziennego miejsca wszystkimi zmysłami, choć wiązało się to z wieloma zagrożeniami i niepewnością. Nie wiedzieli, co ich czeka. Nie znaleźli relacji ani jednego rowerzysty, który by tamtędy przejechał z pełnym ekwipunkiem, bez wsparcia. Ta niepewność była jednak bardzo ekscytująca i pchała ich do przodu.

Marcin Korzonek wyjaśnił, że Na Depresję Danakilską nie można sobie wjechać ot tak. Trzeba uzyskać niezbędne pozwolenia. Pierwszy tydzień, z czterdziestu dni podróży, poświęcili na załatwianie niezliczonych formalności w Addis Abebie, stolicy Etiopii. Bez skutku. Ruszyli, nie wiedząc, czy w ogóle uda im się wjechać na pustynię. W sumie przez blisko trzydzieści dni przemierzyli na rowerach 1350 kilometrów. To może wydawać się mało, ale trzeba pamiętać, że Etiopia jest piekielnie górzysta, a każdy rower wraz z bagażem i zapasem wody ważył ponad pięćdziesiąt kilogramów. Mordercze wielokilometrowe podjazdy były dla nich codziennością. Średnio każdego dnia pokonywali od siedmiuset do tysiąca metrów w pionie, a w całej podróży, łącznie – 15000 m przewyższeń. „To mniej więcej tak, jakbyśmy dwa razy wjechali na szczyt Mount Everestu, startując z poziomu morza. Dlatego dziennie przejeżdżaliśmy zaledwie od 50 do 70 kilometrów, a w innym warunkach zrobilibyśmy dwa razy tyle”- wyjaśnił Korzonek.

Ich podróż składała się z dwóch etapów – górskiego i pustynnego. Górski etap zaczynał się w Bahir Darze, u źródeł Nilu Błękitnego. Następnie prowadził przez potężne i niezwykle piękne góry Simien. Żyje tam wiele gatunków dzikich zwierząt, m.in. małpy –dżelady, które swobodnie biegają po drodze. Góry Simien są w całości objęte ochroną, utworzono w nich park narodowy i wpisano na Listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO. To jedno z niewielu miejsc, w których jeszcze można w Etiopii spotkać dzikie zwierzęta. W większości zostały one już wybite. Następnie, jadąc przez góry i doliny północnej Etiopii, pokonali wiele przełęczy. Najwyższa znajdowała się ok. 3050 m n.p.m. Te różnice wysokości dały im mocno w kość, ale to była dobra zaprawa przed trudami, jakie czekały ich na pustyni. Pustynia Danakilska jest jednym z najgorętszych miejsc na świecie. Przyjechali tam w lutym, w porze suchej, kiedy temperatury na pustyni nie są maksymalne, ale i tak najwyższa, jaką zanotowali, wyniosła aż 48 stopni C. Woda w bidonie stawała się tak gorąca, że gdyby polali sobie nią twarz, mogliby się poparzyć. Ponadto dokuczały im podmuchy gorącego wiatru.

Kolejna obawa dotyczyła Afarów. To lokalna ludność, nomadowie, znani ze swojej niegościnności. Jeszcze w latach czterdziestych, gdy ktoś wkroczył na ich teren, mieli ponoć w zwyczaju… obcinać mu jądra. Ze zdobyczy robili sobie naszyjniki, by przypodobać się swojej wybrance serca. Mokrzan i Korzonek mieli nadzieję, że opowieści o nich są grubo przesadzone. I nie tylko o nich. W 2012 roku na zboczach wulkanu Erta Ale zostało zamordowanych pięciu turystów. Kolejnych pięciu porwano. Ten region leży niedaleko granicy z Erytreą. Odkąd Erytrea oddzieliła się od Etiopii, ich stosunki są napięte. Wręcz wrogie. Erytrejczycy czasem robią partyzanckie naloty. Dlatego żaden turysta nie może się poruszać w pobliżu granicy bez obstawy uzbrojonych żołnierzy, przewodników i policjantów. Stąd trudności w uzyskaniu pozwolenia na przejazd. „Dopiero w Mekele, gdzie zakończyliśmy górski etap podróży, udało się wszystko pozałatwiać. Konieczne okazało się też wynajęcie terenowego samochodu na pierwsze dwa dni”- mówi Korzonek. Magdalena Mokrzan dodała jednak, że samochód nie był potrzebny im – wszystkie bagaże wieźli na rowerze. Ale trzeba było przetransportować gromadę wojskowych. Jechali za nimi jak cień. „Początkowo mieliśmy problem ze znalezieniem kierowcy. Nie każdy chciał się podjąć wyjazdu na pustynię. Obstawy potrzebowaliśmy tylko do Dalolu. Przez sam środek pustyni jechaliśmy całkiem sami. Siedem razy zatrzymywali nas wojskowi na punktach kontrolnych. Nigdy wcześniej nie widzieli dwójki samotnych białych, jadących tamtędy rowerami. Byli mocno zdziwieni, ale pozwolili jechać dalej”- relacjonuje Korzonek.

Był taki moment na początku drugiego etapu podróży, że się zawahałam”- mówi Mokrzan. „Po co my to robimy, po co się tam pchamy? Jednak wątpliwości szybko minęły. Założyliśmy, że zanim wjedziemy na pustynię, ocenimy, czy sytuacja jest wystarczająco bezpieczna, by podjąć wyzwanie. Ostatecznie, zdecydowaliśmy, że tak, więc pojechaliśmy. Na miejscu problemy nie wydają się już tak monstrualne. Jednak warto było przejść przez to wszystko, bo widoki są spektakularne!”- wspomina. Mało kto słyszał o ich celu – niedużej Pustyni Danakilskiej, tymczasem jest niezwykle ciekawa. Leży na wysokości 120 m poniżej poziomu morza, w depresji, na styku trzech rozsuwających się płyt tektonicznych. Większość jej powierzchni pokrywa czarna skorupa zastygłej lawy. Czasem, gdy na tym powulkanicznym pustkowiu, przy szałasach skleconych z patyków, mijaliśmy półnagich Afarów, mieli wrażenie, że znajdują się na obcej planecie skolonizowanej po jakimś kataklizmie.
Pierwszym ich celem na pustyni był Dalol, uznawany za najgorętsze miejsce na świecie. W tej miejscowości, dziś już całkowicie opuszczonej, notuje się najwyższe średnie roczne temperatury powietrza (35 stopni C). „Dla porównania średnia roczna temperatura w Polsce wynosi ok. 8 stopni C
”- tłumaczy Korzonek.

Dalol jest interesujący również z innych względów. To krater o księżycowej powierzchni w kolorach tęczy. Siarkowo-potasowe wykwity przyjmują barwy od intensywnych żółci, przez jaskrawe czerwienie, do jasnych zieleni i niebieskości. Powierzchnia jest usiana miniaturowymi gejzerami, wciąż coś bulgocze. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy niczego podobnego. Korzonek i Mokrzan przejeżdżali też przez pustynię solną – białą po horyzont taflę, po której sunie się bardzo gładko. Jest tam też kopalnia. Afarowie od setek lat tradycyjnymi metodami, to znaczy ręcznie, wydobywają sól. Odłupują białe kawałki i prowizorycznymi narzędziami ciosają z nich równe bloki, a następnie transportują je na wielbłądach poza pustynię.
Niezwykle ciekawe były też solne skały. Godzinami można było chodzić po wydrążonych korytarzach i jaskiniach. Na tym odcinku jeszcze towarzyszył nam przewodnik. Niestety zgubił drogę i kluczyliśmy po stromych zboczach, skacząc nad misternymi solnymi formacjami, które wyglądały jak las ustawionych na sztorc żyletek. Żołnierze się denerwowali. Ciężko im się szło w takich warunkach z karabinami, ale nie odstępowali nas na krok. Po dwóch dniach ruszyliśmy w głąb pustyni i pożegnaliśmy się z obstawą”- wspomina Mokrzan.

Często na pustyniach duże wyzwanie stanowi nawigacja. Wiedzieli, że jest jakaś droga, ale nie do końca mieli pojęcie jaka. Mapa okazała się zupełnie bezużyteczna, bo nie odwzorowywała rzeczywistości. Nikt też nie potrafił im powiedzieć, jak przebiega trasa. Dopiero w środku pustyni odkryli, że droga jest w trakcie budowy i już od roku na wielu odcinkach leży świeżutki asfalt. Byli w szoku. To znacznie ułatwiało przeprawę.

Podróż organizowaliśmy przez pół roku”- relacjonuje Mokrzan. „Staraliśmy się przygotować na każde warunki, musieliśmy być samowystarczalni. Wieźliśmy zapas jedzenia na kilka dni, bardzo dobrze wyposażoną apteczkę, niezbędny sprzęt do filtrowania i uzdatniania wody oraz worek narzędzi do naprawy rowerów, ponieważ w Etiopii nie ma serwisów rowerowych”- dodała. Na pustyni mogli liczyć tylko na siebie. W samym sercu Depresji Danakilskiej trudno spotkać nawet nomadów. Zazwyczaj w ciągu całego dnia napotykali najwyżej jedną lub dwie afarskie wioski. Najdłuższy dzienny dystans, jaki zrobili, to 120 km. I żadnej wioski po drodze. Upał panował nie do zniesienia. Na szczęście nie mieli żadnej poważnej awarii. Jechali na mocnych rowerach polskiego producenta, które na szczęście podołały ciężkim warunkom. Chociaż w górach zdarzało się, że w czasie zjazdów po kamienistych drogach, nawet czterdziestokilometrowych, od wstrząsów zaczęły im się wykręcać śrubki. Stracili kilka śrub, m.in. w korbie i bagażniku. Warto mieć zapasowe w sakwie, jak również kilka rodzajów klejów – kiedyś na pustyni Gobi udało mi się skleić pęknięty bagażnik. Niestety, w pierwszej części wyprawy doszło do paru przykrych incydentów ze strony miejscowej ludności. Często dzieci rzucały za nimi kamieniami. Ot tak, bez powodu. Gdy jechali powoli pod górę, stanowili łatwy cel. Raz Marcin Korzonek został trafiony w plecy naprawdę dużym, około kilogramowym kamieniem. Chłopak zaczaił się na szczycie kilkunastometrowej skarpy i znienacka zaatakował. Gdyby kamień trafił Korzonka w głowę, to byłby koniec. „W tamtym momencie zastanawialiśmy się, czy nie przerwać wyprawy, choć był to dopiero pierwszy tydzień na rowerze. Stłuczenie było bolesne, ciężko mi się oddychało, ale całe szczęście kości nie zostały złamane. Niebezpiecznych sytuacji mieliśmy więcej. Kilkakrotnie zdarzyło się, że grupa nastolatków stała w poprzek drogi, trzymając się za ręce. Próbowali nas zatrzymać”- opowiada podróżnik. „Czasem próbowali łapać za sakwy albo przewrócić rower. Włos się jeżył… Dobrze, że udało nam się wyjść cało ze wszystkich opresji” – dodała Mokrzan. Dzieci były naprawdę uciążliwe. Potrafiły biec za nimi na podjazdach w dziesięcio-, dwudziestoosobowych grupach nawet przez godzinę i domagać się pieniędzy, podarowania butów albo koszulki. Każdego dnia spotykali co najmniej setkę potrzebujących. Zresztą nie tylko dzieci. Dorośli też często żebrali i nie zawsze wynikało to z biedy. „Przykre było to, że często nie prosili, lecz stanowczo dopominali się, żeby im coś dać. A kiedy nie otrzymywali tego, czego żądali – od razu leciał za nami kamień”- powiedział Korzonek. „Z drugiej strony, gdy tylko stawaliśmy na poboczu, niemal każdy przejeżdżający samochód się zatrzymywał. Kierowcy chcieli się upewnić, czy nic nam nie jest, czy nie potrzebujemy pomocy, czy mamy wodę. Czasem zwalniali, rozganiali co bardziej natarczywych przechodniów, a nawet spontanicznie eskortowali nas do bezpiecznego miejsca, czyli początku zjazdu, gdzie mogliśmy przyspieszyć. Wiedzieliśmy, że jeśli coś by się stało, to pewnie któryś z przejeżdżających kierowców nam pomoże”- dodała Mokrzan.

Zaskoczyło ich, że Etiopia jest krajem aż tak wielkich kontrastów. Cała przeprawa przez ten kraj była wielką przygodą. Para lubi ekstremalne podróże. „Zaryzykowaliśmy i udało się. Po powrocie inaczej patrzymy na własne życie. Tamte trudności nas zahartowały. Codzienne problemy wydają się teraz bardziej błahe”- mówi Mokrzan. „Pokonanie pustyni, szczególnie tak wymagającej, daje siłę. Pozostają cenne wspomnienia, których nikt nie może nam zabrać”- dodał Korzonek. „Niektórzy kolekcjonują znaczki, inni porcelanę, a my kolekcjonujemy wspomnienia”- spuentowała Mokrzan.

Autor | Michał Hernes

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPatryk Wolny: Gwałcą, poniżają – dranie niewychowane!
Następny artykułRAM CAFE 10
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.