Michał Hernes: Płyńcie łzy moje, rzekłem po „Mewie”

Kiedy wybierałem się na spektakl „Mewa” z wrocławskiego PWST, nie spodziewałem się, że po wyjściu z niego będę miał łzy w oczach.

Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć. Nie jest to wybitny spektakl, bo choć aktorzy włożyli w niego wiele serca i wysiłku, nie wspięli się na aktorskie wyżyny. Najlepsze role dopiero przed nimi. Na ich tle wyróżniła się Pola Błasik jako Nina. Ta postać wyjątkowo mnie poruszyła. Czy jednak aż tak, żeby z oczu poleciały mi łzy i równie mocno, jak „Anioły w Ameryce” Krzysztofa Warlikowskiego, albo „Transfer” Jana Klaty? Nie, to znaczy… sam już nie wiem.

Wciąż zastanawiam się, czemu po spektaklu nagle, mimowolnie, nastąpiła u mnie taka reakcja. Nie przypominam sobie, kiedy i czy w ogóle coś takiego zdarzyło mi się wcześniej w kinie bądź teatrze. Owszem, wzruszam się czasem podczas oglądania filmów bądź spektakli, ale nie pamiętam podobnej sytuacji. Zwłaszcza, że nie byłem w ponurym, ani melancholijnym nastroju, wręcz przeciwnie – miałem udany dzień.

Gdy z oczu poleciały mi łzy, naszła mnie przez chwilę ochota, by – stojąc na ulicy nocną porą – przytulić kogoś nieznajomego, niczym bohater wspaniałej powieści „Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” Philipa K. Dicka. On rozmyślał wówczas o utworze muzycznym Johna Dowlanda, ja – o „Mewie”. On wykonał ten zaskakujący gest, mnie zabrakło na to odwagi, ale nie byłem też równie smutny. Postanowiłem jednak, że nie będę się tego wstydził: płyńcie łzy moje, rzekłem po „Mewie”.

Nagle na przystanku tramwajowym ujrzałem Polę Błasik – w kapturze, rozmawiającą przez telefon (choć przez chwilę nie byłem pewien, czy to naprawdę ona). Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby ją zagadać; podzielić się tym wyjątkowym przeżyciem. W głowie zacząłem układać sobie scenariusz takiej rozmowy, by nie wypaść głupio, albo wręcz idiotycznie. Popełniłem ten sam błąd, co Jarosław Iwaszkiewicz, siedzący niegdyś, podczas burzy, w ciasnym samolocie obok Sophii Loren. Układałem plan konwersacji, a tymczasem Pola Błasik znów zaczęła rozmawiać przez telefon i wsiadła do tramwaju. Autor „Panien z Wilka” wspominał, że miał się odezwać do włoskiej aktorki, ale rozpoczęła się burza, turbulencje i temat upadł.

Kto wie, być może uniknąłem kompromitacji. Z drugiej strony, czy łzy w moich oczach naprawdę miały związek z „Mewą” i Czechowem? Nie wiem, naprawdę… Czy jestem aż tak nadwrażliwy? A może to magia tego dramatu?

Islandzki reżyser teatralny i filmowy Baltasar Kormakur opowiedział mi kiedyś, że arcydzieła Czechowa wiarygodnie wypadają tylko w językach rosyjskim, islandzkim, bądź polskim ze względu na kulturową i duchową bliskość tych krajów. Zdaniem reżysera „101 Reykjavik” Czechow w języku angielskim nie brzmi wiarygodnie, tylko wręcz komicznie.

Przypomniała mi się też inna sytuacja, kiedy nie potrafiłem zapanować nad swoim ciałem. Gdy robiłem wywiad z Danielem Olbrychskim, który okazał się przeuroczym człowiekiem, trzęsła mi się ręka, w której trzymałem dyktafon, choć nie stresowałem się rozmową i nie odczuwałem ekscytacji.

Cóż, okazuje się, że spotkania z dziełami i ludźmi kultury i sztuki bywają czasem tak zaskakujące, że pewnych rzeczy nie potrafi się racjonalnie wytłumaczyć. Pozostają jedynie domysły i interpretacje. Czyż nie na tym polega magia obcowania z kulturą?

Autor | Michał Hernes