Michał Hernes: Wracać wciąż na Nowe Horyzonty

Magia festiwali filmowych polega na tym, że jednoczą ludzi, nawet jeśli zarazem skłaniają ich do dyskusji i wyrażania sprzecznych opinii – Michał Hernes dzieli się wrażeniami z 16. edycji festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty.

Od kiedy Roman Gutek przeniósł to filmowe wydarzenie do Wrocławia, nie opuściłem jego żadnej edycji i nigdy już nie nie myślałem o Nowych Horyzontach. Gdy ktoś do mnie mówi: „Zostaw już ten festiwal!”, odpowiadam: „Nie rozumiesz mnie i magii tego święta kina”. Kiedy słyszę w odpowiedzi: „Ale te filmy są nudne!”, mówię krótko: „Nieprawda!”.

Bo o gustach się nie dyskutuje, a wszystko jest subiektywne. Co prawda sam raczej omijam konkurs główny, ale sporo osób chodzi na konkursowe filmy i zdarzają się wśród nich pozytywne niespodzianki takie jak „Ederly” Piotra Dumały czy „Wszystkie nieprzespane noce” Michała Marczaka. Ta pierwsza produkcja to groteskowy teatr absurdu na kinowym ekranie, łączący w sobie klimat rodem z najlepszych dzieł Franza Kafki i Samuela Becketta. Zaskakująca czarna komedia Dumały jest być może jego najzabawniejszym filmem od czasu krótkometrażowego „Czarnego kapturka”.

We „Wszystkich nieprzespanych nocach” najważniejsze są zaś klimat, emocje i muzyka. To opowieść o młodych hipsterach, którzy imprezują, dobrze się bawią, ale też szukają prawdziwej, romantycznej emocji. Reżyserowi udało się zestawić ze sobą szczególnie intensywny sposób filmowej narracji z klimatyczną muzyką, jak również zanotować refleks porannego światła po imprezie.

W jeszcze piękniejszej wizualnie „Wiecznej poezji” Alejandro Jodorowsky po raz kolejny pokazał natomiast, że inaczej widzi rzeczywistość i być może to, co innym wydaje się dziwne, dla niego jest normalne. Mimo podeszłego wieku chilijski reżyser wciąż ma w sobie dużo energii, szalonych pomysłów, humoru i ciepła. W „Wiecznej poezji” czule opowiedział o swoim dojrzewaniu i artystycznych poszukiwaniach. Podobnie jak w utworach surrealistów, istotną rolę odgrywa w tym filmie ciało kobiety i można odnieść wrażenie, że to na nim skupia się Jodorowsky, opowiadając o miłości (w bardzo specyficzny sposób). Oniryczna nieskrępowana wyobraźnia spotkała się w „Wiecznej poezji” z pożądaniem i miłością. W tej dziwaczności i elementach zaskoczenia jest coś cudownie nadrealnego, choć w filmie irracjonalność spotyka się z realnością.

Równie szalony jest „Neon demon”, wyreżyserowany przez przyjaciela Jodorowskiego, Nicloasa Windinga Refna, który wyrasta na jednego z mistrzów kina wizualnej metafory. Z punktu widzenia moich uszu i oczu Refn nigdy nie zrobił złego filmu. W jego najnowszej produkcji pojawiło się dużo zaskakującego humoru, którego zabrakło we wcześniejszym „Tylko bóg wybacza”. „Neon demon” pełen jest sekretów i scen przepięknych mimo swojej drastyczności.

Wielkiej frajdy dostarczyła mi także odjazdowa komedia „Operacja Avalanche”, będąca kolejnym dowodem na to, że humor i mokument to najlepsze połączenie. Szacunek dla twórców tego filmu, bo nie jest łatwo opowiedzieć nieprawdziwą historię udającą dokument. Znakomicie wyszło to chociażby Peterowi Jacksonowi w „Zapomnianym srebrze”. Pytanie brzmi, czy w dzisiejszych czasach taka zabawa wciąż ma sens i potrafi przynieść widzom frajdę. Matt Johnson (The Dirties) udowodnił, że jak najbardziej. Nie tylko ma świetne pomysły, ale przede wszystkim podszedł do tematu na luzie, dając upust swojej ogromnej miłości do kina. W „Operacji Avalanche” cofnął się w czasie do 1969 roku i postanowił udowodnić, m.in. na przykładzie „Dr. Strangelove’a” Stanleya Kubricka, że władze okłamywały społeczeństwo, a w NASA roiło się od sowieckich szpiegów. Johnson zadał w swojej produkcji pytanie, kim był Kubrick i czy Amerykanie naprawdę wylądowali na księżycu. Gorąco polecam, to świetna i odprężająca rozrywka. Warto postawić na „Operację Avalanche” w przerwie od konkursowych filmów i ponurych dramatów. Z drugiej strony sporo osób wciąż wierzy w teorie spiskowe albo ma wątpliwości związane z tym, kto tak naprawdę stał za pewnymi wydarzeniami, więc „Operacja Avalanche” to kolejny przykład mokumentu, który mimo komediowego kostiumu jest w pewnym sensie odbiciem naszego świata, naszych lęków i niepokojów. Uwielbiam takie odkrycia i pozytywne niespodzianki na tym festiwalu.

Na festiwalu zachwycił mnie też film „Służąca” Park Chan-wooka. W czasie seansu odczuwałem perwersyjną przyjemność wraz z chęcią jej analizowania. Reżyser potrąca w tej produkcji kamerą struny uczuć w sposób pięknie zróżnicowany (parafrazuję pisarkę George Eliot). Koreański filmowiec przekuł opowieść o perwersji i meandrach ludzkich uczuć w coś cudownego, zabawnego, miejscami odrażającego i przepięknego wizualnie.

Moja dziesiątka 16. edycji MFF T – Mobile Nowe Horyzonty

  1. „Toni Erdmann”
  2. „Sieranevada”
  3. „Ja, Daniel Blake”
  4. „Edelry”
  5. „Wieczna poezja”
  6. „Służąca”
  7. „Po burzy”
  8. „Neon demon”
  9. „Wszystkie nieprzespane noce”
  10. „Piękna praca”.

Magia festiwali filmowych polega na tym, że jednoczą ludzi, nawet jeśli zarazem skłaniają ich do dyskusji i wyrażania sprzecznych opinii. Nie ukrywam, że chcę wracać wciąż na Nowe Horyzonty.

Autor | Michał Hernes