Zerwane ścięgno Achillesa. W zawodowym sporcie to brzmi niemal jak wyrok, a i przecież w codzienności to niemały dramat. Tym razem trafiło na – nie bójmy się tego stwierdzenia – najlepszego gracza Śląska. Koniec sezonu dla zawodnika to jedno. Istnieje jednak uzasadniona obawa, że to również ostateczny cios w ligowe szanse drużyny.

Awans do górnej szóstki to od kilku tygodni była rzecz nierealna. Ale cele trzeba aktualizować i zapewne kolejnym było dobicie do fazy play-off. Absolutne minimum na ten sezon, granica przyzwoitości dla klubu o ambicjach Śląska. Tymczasem rzecz tak losowa jak uraz, w połączeniu oczywiście z wahaniami formy, może uderzyć również w to „minimum”.

Danny Gibson (na zdjęciu ze wzniesionym pucharem), bo o nim tu mowa, to absolutny motor napędowy drużyny. Zawodnik dla trenera Jerzego Chudeusza kluczowy, jedyny naprawdę pewny rozgrywający. Nie wiadomo, czy działacze przytargają kogoś na jego miejsce, ale o udane zastępstwo będzie trudno. No i być może drogo – w końcu licencje kosztują.

Tymczasem w fazie play-off, tradycyjnie, zagra drużyn osiem. Poza pierwszą szóstką, która jest już przegrana, realnych kandydatów jest trzech. WKS, AZS Koszalin i najprawdopodobniej Asseco Gdynia. I nie myślcie, że zostawienie ich w tyle to będzie prosta sprawa. Zwłaszcza bez najlepszego zawodnika oraz przewagi punktowej na starcie.

Teraz wiele znowu zacznie zależeć od Roberta Skibniewskiego. On akurat uwielbia właśnie takie sytuacje – dużo minut, duża „władza”, duża odpowiedzialność za grę drużyny. Problem w tym, że ten sezon ma na razie katastrofalny. Zupełnie nieudany, zaledwie z przebłyskami dobrej formy.

Przy ul. Mieszczańskiej najpopularniejszym hasłem po tym weekendzie może być „Houston, mamy problem”. Teraz przerwa na Mecz Gwiazd, więc trochę odpoczynku i czasu na przegrupowanie sił. Potem trzy ostatnie kolejki i gra w dolnej grupie. Gra nie tylko o możliwość zaprezentowania się w play-off. Ale przede wszystkim o uratowanie sezonu ligowego. Bo miejsca dziewiątego to chyba nikt sobie przed rozgrywkami nawet nie wyobrażał.

Autor | Michał Rodziewicz