- REKLAMA -

Ta więź jest wyjątkowa. Tak silna, że stoi u podstaw rozwoju ludzkości. Bo wbrew powszechnemu przekonaniu, że ten świat należy do mężczyzn, to właśnie porozumienie skoligaconych kobiet sprawiło, że w ogóle zaistniał.

Wiecie dlaczego kobiety w pewnej chwili życia przestają być płodne? Nie, nie dlatego, że z czasem komórki degenerują się i możliwość wydania na świat zdrowego potomstwa jest niewielka. Nawet nie dlatego, że z wiekiem kobieta ma coraz mniej siły, aby opiekować się dziećmi. Dzieje się tak dlatego, by mogła pomóc swojej córce wychowywać jej dzieci. Jeśli mi nie wierzycie, to zajrzyjcie do publikacji z kręgu biologii czy psychologii ewolucyjnej. Matka Natura, dodam – mądra Matka Natura, stworzyła bardzo silną więź łączącą matkę z córką. Tak silną, że aby ją utrzymać odebrała matkom płodność, by całą swą energię mogły skierować na wnuki. I tak pokolenie za pokoleniem, stulecie po stuleciu aż do dnia dzisiejszego.

Biologia ewolucyjna umie nawet wytłumaczyć skąd bierze się matczyna skłonność do krzyczenia na nastoletnie córki. Nie, nie z powodu zazdrości o ich młodość, choć pewnie w niektórych sytuacjach to ona wysuwa się na pierwszy plan. Matki krzyczą na córki, aby uchronić je przed zbyt wczesnym poczęciem dziecka. Silny stres jest związany z wyrzutami znacznych ilości kortyzolu i adrenaliny, które hamują owulację. W tym wypadku dość absurdalne stwierdzenie: krzyczę, bo kocham ma swoje całkiem racjonalne uzasadnienie.

W pierwotnych społecznościach oraz u naszych bliskich kuzynów naczelnych życie społeczne toczy się właśnie na osi matka – córka. To samce przechodzą ze swoich pierwotnych rodzin do nowych grup, by tam wejść w relację z samicą. Samice zostają u siebie i mają w obwodzie swoich najbliższych, przede wszystkim matki, babki i siostry. Samiec pojawia się okresowo, jeśli jest zaangażowany to zostaje na stałe, lecz trzon społeczności się nie zmienia. Współcześni badacze odkryli, że ten sam schemat jest wciąż powielany w ubogich dzielnicach lub gettach etnicznych wielkich miast. W amerykańskich dzielnicach zamieszkałych przez ubogich czarnoskórych mieszkańców wielkich miast, przeciętna rodzina składa się z przynajmniej dwóch kobiet i dzieci: niepracującej już babki, która zajmuje się wnukami  oraz jej córki, która utrzymuje rodzinę. Ojciec lub ojcowie dzieci są tylko postaciami epizodycznymi.  Jeszcze silniej można to było zaobserwować w połowie ubiegłego wieku wśród angielskiej klasy robotniczej. Jej przedstawiciele szybko zawierali małżeństwa, które zwykle były w stanie przetrwać całe życie małżonków. Życie, w którym się niemal nie stykali. Domy podzielone były na część damską i męską. Mężczyźni rano wychodzili do pracy, wracali na obiad, po którym udawali się do pubu lub w inne miejsce spotkań, za to kobiety w swojej części domu zajmowały się dziećmi, gotowały, szyły. Małżonkowie, po okresie „niezbędnej” prokreacji, często nawet nie spali w jednym łóżku. Rodzina znaczyła tyle, co rodzina kobiet.

Na Dzień Matki życzyłam sobie, aby moja więź z córką była przynajmniej tak silna, jak wymyśliła to dla nas natura, a jeśli się da, to silniejsza. I mam nadzieję, że któregoś dnia dane mi będzie wziąć na ręce jej córkę, aby ta sztafeta tysięcy pokoleń matek i córek nigdy nie dobiegła końca. Bo bez niej ludzkość po prostu nie ma szans.