Miley Cyrus – Younger Now [RECENZJA]

Dziewczyna znana z bujania się nago na kuli do wyburzania budynków wydała 29.09 nowy album. Tak, to właśnie jest recenzja jej najnowszego krążka, który zaskoczył mnie do tego stopnia, że postanowiłem o nim napisać.

Już sama okładka jasno wskazuje, czego można się po krążku spodziewać, bo brakuje na niej już tylko jaskrawego napisu Technicolor. Cały album to ogromny powrót do korzeni, pewne rozliczenie się z bardzo przebojową, ale mało gustowną przeszłością i pokazanie, że Miley potrafi nadal nagrać płytę, którą można swobodnie puścić w radiu bez obaw o skojarzenia z golizną.

Album otwiera Younger Now, czyli oldschoolowy, country popowy kawałek, który autentycznie brzmi, jakby został nagrany dobre 30 lat temu.

Mamy tu do czynienia z utworem opowiadającym o konieczności zmian, o tym, że są one jakoby wpisane w nasze życie i nie da się ich nijak odłożyć i iść dalej przez życie bez nich. Ponadto piosenkę okraszono bardzo przyjemnym i jasno nawiązującym do obecnego w nim oldschoolu teledyskiem. Jasny w odbiorze jest szczególnie ostatni wers refrenu: I feel so much younger now, ponieważ można go odebrać jako jasny wskazanie kierunku, w którym dążyć będzie teraz twórczość dawnej Hannah Montana. Jednak to co najlepsze na płycie dopiero przed nami.

Wisienką na torcie, absolutnie najlepszym kawałkiem tej płyty jest Malibu. Już tekst, w którym można dopatrywać się jakoby dwojakiej podróży na tytułową wyspę jest czymś, czego Miley nie zaprezentowała od bardzo dawna. Otóż wyprawę na Malibu można odebrać w pierwszej kolejności jako zwykły wyjazd, podczas którego będąc wystawionym na otaczające piękno, odkrywa się siebie, z drugiej jednak strony każdy z nas może mieć taką wyspę, gdzieś w głębi siebie. Ponadto dołożono do tego śliczny motyw gitarowy, nisko trzymany wokal, z kontrastującymi, wysokimi chórkami oraz bardzo chwytliwy refren. No i teledysk pełen kwiatuszków, słoneczka, plaży, fal, siedzenia na piasku pełnym zadumy i tych wszystkich elementów, które sprawią, że sadzając lokalnego dresa, dajmy na to Mariusza, okaże się nagle, że ten człowiek ma gdzieś schowane pod skorupą z mięśni serce, które dało sobie znać przez przybranie przez wspomnianego pozycji embrionalnej i zanoszenia się płaczem. Jedno jest pewne – Miley tym utworem postawiła grubą kreskę i oddzieliła nią łobuzerską przeszłość.

Dalsza część krążka to mieszanina country (Bad Mood), ballad (Miss You So Much, I Would Die For You) czy bluesa wymieszanego z soulem z kawałka Week Without You będącego opowieścią o damskiej wersji słomianego wdowca. Najbardziej jednak sięgającym dawnej Miley utworem jest Rainbowland, przy którym zacząłem mieć wątpliwości, czy czasami materiał nie został nagrany wcześniej, bo brzmi on jak w całości wyjęty z czasów Hannah Montana. Chociaż już chyba bardziej wolę Miley w wersji słodkopierdzącej, aniżeli kołyszącej się nago na kuli i liżącej ogromny młot.


Autor: Patryk Rudnicki