Moc(k) z Breslau

Na „Koniec świata w Breslau” czekano. Bohater powieści Marka Krajewskiego – Eberhard Mock powstał bowiem z kart książki i ożył na teatralnych deskach. Nerwowość związana z oczekiwaniem i oczekiwaniami wróżyła burzę, która wybuchnie po premierze – pisze Daniel E. Groszewski.

Tak właśnie się stało. Widzowie podzielili się na dwa zdecydowane obozy. W pierwszym znaleźli się ci, którym spektakl przypadł do gustu; w drugim jego zdecydowani przeciwnicy. Tych drugich zdaje się być zdecydowanie więcej. Zarzucają oni spektaklowi przede wszystkim złą adaptację powieści, niejasność akcji i źle dobranych do ról aktorów, którzy nie spełnili oczekiwań i wyobrażeń wobec książkowych postaci… jak przed laty Małgorzata Braunek w roli Oleńki w „Potopie” czy Izabella Scorupco jako Helena Kurcewiczówna w „Ogniem i mieczem”. Choć nadal możemy dyskutować o tych wyborach, to raczej już nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie tych filmów bez nich. Ale dość dygresji. Przynajmniej na razie.

Za powstanie spektaklu odpowiadają doskonale znani we wrocławskim środowisku teatralnym – Agnieszka Olsten i Krzysztof Kopka. A jeśli doskonale znani, to znaczy też, że można było przypuszczać, co zobaczymy.

Jak się okazuje nie do końca. Fani Marka Krajewskiego zapytani, kto jest głównym bohaterem kryminałów, bez chwili zawahania odpowiedzieliby, że Mock. Niby fakt. I to taki, z którym nie powinno się dyskutować. Ja jednak odnoszę wrażenie, że owszem  Mock jest głównym bohaterem, ale nie on jeden. Tych bohaterów jest przynajmniej dwóch. I nie mówię teraz tylko o „Końcu świata w Breslau”, więc nie będzie nim też Sophie. Tym drugim bohaterem powieści jest samo Breslau. I choć to stwierdzenie wydaje się banalne, bo niby każdy o tym wiedział, to jednak w jakiś sposób musiało wypłynąć na spektakl Olsten i na nasz odbiór jej wizji. Jeżeli przyjrzymy się jej wcześniejszym spektaklom (chociażby granej też we Wrocławskim Teatrze Współczesnym  „Kotlinie”), to zauważymy jaką wagę reżyserka przywiązuje do szczegółu. Do szczegółu związanego z miejscem. Jak drobiazgowo często budowana jest scenografia. Tak jest też w przypadku „Końca świata w Breslau”. Widzowie zostają wręcz zaproszeni na lekcję historii o przedwojennym Wrocławiu. Lekcję, na której możemy zapoznać się z architekturą przedwojennych mieszkań, o którą zadbali Olaf Brzeski i Witold Śliwa (charakterystyczne łuki, miętowy kolor ścian – niezwykle popularny w czasie trwania tej historii, w roku 1927, czy futurystyczne wręcz jak na tamte czasy krzesło), ale też ze strojami z epoki przygotowanymi przez Mirka Kaczmarka (inspektorzy policyjni, strój bratanka Erwina zaprojektowany w latach 20-tych właśnie we wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, strój Sophie, czy metalowa maska noszona przez gwiazdę bohemy). Tak, to miasto jest ważne. O ile nawet nie najważniejsze. Zwraca na to uwagę też sam Krajewski. Twierdzi, że miasto w jego powieściach nie zawsze jest takie, jak pamiętają je przedwojenni mieszkańcy Breslau, którzy nie zgadzają się na czające się na kartach książki permanentne zło. W mrocznym Breslau mamy więc działające loże masońskie, których wpływy sięgają głęboko. Pociągają za sznurki  w kwestiach nie tylko politycznych (dzięki przynależności do loży wysokie stanowisko dostał sam Mock). Powoli słychać też głosy zwolenników powstającej właśnie nowej partii Adolfa Hitlera. Olsten świetnie wpisuje ten wątek w całość swojej historii. Choć w odróżnieniu od Krajewskiego mocniej eksponuje zachowanie bohemy Breslau, to jednocześnie pozostawia w nas ślad, naznacza wręcz przekonaniem, że przecież to właśnie bohaterowie spektaklu, jak pierwsi odczują rodzące się w Niemczech zło. Dochodzimy więc do punktu, w którym wybór akurat tej powieści wydaje się strzałem w dziesiątkę. Mock jest w niej przecież już dojrzałym mężczyzną, z wieloma problemami i przywarami, ale Breslau jest dla niego najpiękniejsze i w największym rozkwicie. W kolejnych latach będzie już niestety gorzej.

Breslau jest dla Mocka ważne, ale też Mock jest ważny dla Breslau. Kim jest Mock? Oczywiście odpowiadając zgodnie z prawdą jest radcą kryminalnym… ale radcą kryminalnym szczególnym. Radcą kryminalnym znanym w całym Breslau z ogromnej inteligencji, ale też z pijaństwa i stosowania nie zawsze regulaminowych metod. Jest osobą powszechnie znaną. Szanowaną. Ale też wzbudzającą respekt. Być może u wielu nawet strach. Jest mężczyzną w takim przedwojennym stylu – macho, który w szczególny sposób funkcjonuje w męskim świecie. Bo ten męski brutalny świat Olsten wymyśliła bardzo sprawnie. Dała nam Mocka, który dla nas, mieszkańców współczesnego Wrocławia jest też chyba po części Konradem Imielą. A jeżeli jeszcze nim nie jest, to na pewno z czasem nim się stanie. Bowiem odtwarzający główną rolę Imiela jest przecież charakterologicznie podobny do Mocka. Obaj kochają Breslau/Wrocław i obaj nie wyobrażają sobie życia poza nim. Obaj są też przecież jednostkami wybitnymi dla tego miasta, a gdyby określenie to nie było dzisiaj pejoratywne moglibyśmy ich nazwać wręcz wrocławskimi celebrytami. Muszę jednak przyznać, że nie od razu pomysł na obsadzenie głównej roli przypadł mi do gustu. I nie decydowały tutaj broń Boże kwestia umiejętności aktorskich. Choć Konrad Imiela od lat kojarzony jest z piosenką aktorską i prowadzeniem Teatru Muzycznego Capitol, to nie należy zapominać, że ma za sobą wspaniałe role dramatyczne, że w swojej karierze miał okazję pracować choćby z takimi reżyserami jak Jerzy Grzegorzewski czy Jerzy Jarocki. Swoją życiową otwartość i radość przenosi też poniekąd na Mocka. To dzięki tym cechom wchodzi w interakcję z publicznością i wydaje się to zupełnie naturalne… choć nieprzywykli do tego widzowie zdają się być mocno zaskoczeni, czy wręcz przerażeni. Odważniejsi poddają się i czasami dzięki temu trafiają… na suto zakrapianą imprezę w domu radcy kryminalnego Eberharda Mocka. Imiela jest Mockiem. Pije, bije i upadla. Nie tylko siebie. Przekonał mnie. Choć zarzut, który miałem w stosunku do niego od samego początku, wciąż gdzieś tam we mnie głęboko siedzi. Trochę za ładny z niego pan jak  na Mocka. Trochę taki za ładny…

Jeśli patrzymy już na fizyczność, to oczywiście bezsensowna fala krytyki spadła na młodą Polę Błasik. W samczym wyobrażeniu o Sophie Mock dominuje jeden główny jej walor, cecha fizyczności, której Błasik nie ma. Ogromne, jędrne piersi. Tylko jeśli mamy wokół tego budować krytykę, to dochodzimy do dysput dotyczących sienkiewiczowskich Halszki i Oleńki… choć chyba na nieco innym poziomie. Błasik wnosi w swoją postać jednak coś zupełnie innego. Prawdziwego. Doskonale sprawdza się jako kokainistka. Jako żona, która chciałby być wierna, ale nie może. Żeby być w zgodzie z samą sobą musi się mścić na mężu pijaku i brutalu. Doskonale jej idzie wespół z zdemoralizowaną przyjaciółką Elisabeth Pflüger (Jolanta Solarz) i jej przyjacielem baronem von Hagenstahlem (Tadeusz Ratuszniak). Kto zresztą widząc ich na scenie nie chciałbym przeżyć z nimi jakiegoś „melanżu”. Błasik oddaje też klimat tamtych czasów: od stroju, przez zamiłowania, aż po ekstatyczny taniec a’la Josephine Baker. Żałować jedynie możemy, że scenariusz nie jest wierniejszym odwzorowaniem książki i tę aktorkę wyraźnie widzimy jedynie w pierwszym akcie, bo choć Krajewski stworzył kryminał to wyjątkowo ten kryminał rozgrywa się przecież w tle. I tak jakby od niechcenia. Ważniejsza jest miłość. Żona. Potomek. Dla Olsten to też było ważne, ale nie najważniejsze. Podobnie jak pisarz na dalszy plan zepchnęła wątek kryminalny, ale na pierwszy miast miłości wyciągnęła bohemę.

Rozpasanie trwa w najlepsze. Społeczeństwo pokazane w „Końcu świata w Breslau” jest niemalże w całości zdemoralizowane. Ciężko znaleźć postać, która nie jest. Właściwie jedynym wyjątkiem jest Leo Hartner, czyli przyjaciel Mocka, który pełni funkcję dyrektora Biblioteki Uniwersyteckiej. Muszę jednak podkreślić, że grający go  Krzysztof Boczkowski w tym spektaklu wciela się w dwie rolę. Mówiący w bardzo specyficzny sposób Hartner jest pozytywnym bohaterem, jednak, gdy zaczyna mówić zwyczajnie, bez charakterystycznego „er”,  to otrzymujemy sygnał, że Boczkowski jest w tym momencie złym profesorem Erichem Hockermannem. (Mam nadzieję, że z tą podpowiedzią może łatwiej będzie zrozumieć przebieg wydarzeń, bo akurat ta sytuacja nie jest klarowna i jest największym mankament spektaklu).

Zdemoralizowani są też oczywiście Fritz Roberth (Maciej Kowalczyk), Helmut Völlinger (Krzysztof Zych), Norbert Risse (Tadeusz Ratuszniak), Jakob Mühlhaus (Michał Szwed), prostytutka Mitzi (Beata Rakowska), Inge Gänserich (Justyna Antoniak), a nawet bratanek Mocka – Erwin (Piotr Bondyra). Każdy z nich ma coś za uszami.

W opozycji do nich znajduje się środowisko policyjne, które oprócz samego Mocka przedstawione zostało w osobach jego dwóch najbliższych współpracowników: Kurta Smolorza (Tomasz Orpiński) i Gustava Meinerera (Przemysław Kozłowski), a także przełożonego Heinricha Mühlhausa (Jerzy Senator). Oni w tym zepsutym świecie mimo że też zepsuci, to jednak są ciutkę lepsi. Stoją na straży resztek normalności. Jak wiemy, przegrają. A to, co ma wkrótce nadejść poczujemy w finale, w obłąkańczym tańcu w stylu Lady Gagi, w którym bohaterowie żegnają się z widzami gestem „sieg hail”. Na samą myśl o nim nadal czuję mrowienie na plecach.

Autor | Daniel E. Groszewski

24.05.2015

Wrocławski Teatr Współczesny
Marek Krajewski
KONIEC ŚWIATA W BRESLAU
reżyseria: Agnieszka Olsten
scenariusz: Krzysztof Kopka, Agnieszka Olsten
scenografia: Olaf Brzeski
muzyka: Kuba Suchar
kostiumy: Mirek Kaczmarek
realizacja scenografii: Witold Śliwa
choreografia: Tomasz Wygoda
projekcje wideo: Jakub Lech
reżyseria świateł: Robert Mleczko
inspicjentka, suflerka: Elżbieta Kozak

obsada:
Konrad Imiela [Teatr Muzyczny Capitol] – Eberhard Mock, radca kryminalny
Tomasz Orpiński – Kurt Smolorz, wachmistrz kryminalny
Przemysław Kozłowski – Gustav Meinerer / Aleksiej von Orloff
Pola Błasik [PWST Wrocław] – Sophie, żona Mocka
Piotr Bondyra – Erwin, bratanek Mocka
Jolanta Solarz – Elisabeth Pflüger, przyjaciółka Sophie
Justyna Antoniak [Teatr Muzyczny Capitol] – Inge Gänserich, malarka
Beata Rakowska – Mitzi, prostytutka
Jerzy Senator – Heinrich Mühlhaus, dyrektor kryminalny
Michał Szwed – Jakob, syn marnotrawny Mühlhausa
Krzysztof Boczkowski – Leo Hartner / Erich Hockermann
Maciej Kowalczyk – Fritz Roberth, szlifierz
Tadeusz Ratuszniak – baron von Hagenstahl / Norbert Risse
Krzysztof Zych – Helmut Völlinger, astrolog i jasnowidz

PRAPREMIERA: 16.05.2015
czas: 190 minut [1 przerwa]