Moonlight swoją światową premierę miał w październiku ubiegłego roku. Od tego czasu nominowany został aż 242 razy, zdobywając łącznie 189 nagród, w tym Oscara za najlepszy film. Oglądając go po raz pierwszy byłem pod sporym wrażeniem: historia Chirona, problemy z którymi przyszło mu się zmierzyć zmusiła mnie nie tylko do refleksji, ale także na długo zapadła w pamięć. Pisze Patryk Wolny. 

Mija kilka miesięcy, a w Multikinie za sprawą powracających hitów oglądam film po raz drugi i czuję, że coś mi umyka, odbieram Moonlight już w nieco inny, bardziej krytyczny sposób. Historia nie zaskakuje już tak jak za pierwszym razem, świadomość następujących po sobie wydarzeń, cóż, odziera film z części emocji, które poruszał za pierwszym razem.

W dalszej część teksu pojawią się spoilery, dlatego uwaga ostrzegam, jeśli nie oglądaliście jeszcze Moonlight, warto wybrać się do kina – do czego mocno zachęcam.

Pierwsza myśl po seansie, od której zresztą muszę zacząć, to uświadomienie sobie, że Moonlight to jednak taki balon, nadmuchany do granic możliwości, któremu nigdy nie było sądzone pęknąć. Nawet, jeśli cała ta para, prędzej czy później,  z niego ujdzie, to zrobi to powoli, a skutki dostrzeżemy to dopiero za kilka lat. Powód jest prosty, Moonlight to naprawdę dobry film, jednak wciąż pozostaje cienka linia, która dzieli go od ideału, a która została wypełniona medialnym szumem.

W Internecie można przeczytać skrajnie różne opinie. Odbiorcy filmu dzielą się na dwie grupy: pierwsza, do której się przychylam, wskazuje, że Moonlight to kawał porządnie zrealizowanego filmu poruszającego życiowe problemy, z którymi mierzymy się na co dzień starając dopasować do otaczającego nas świata, stawianych przez niego wymagań. Głębia postaci i uniwersalność przekazu to raczej rzadkość w Hollywood. Może dlatego też tak kusi i cieszy zarazem, a temat problemów ciemnoskórego homoseksualisty idealnie wpisał się w oczekiwania – dla Hollywood to idealny kandydat do Oscara, zwłaszcza z kontekście protestów z roku ubiegłego.

Druga, bardziej przyziemna, jest wręcz wulgarna w swojej ocenie. Nie uświadczymy podobnych opinii pośród krytyków, jednak już pytając znajomych, czy przeglądając fora internetowe jak najbardziej. Otóż, sprowadzając to do jednego zdania: Moonlight to nudny film o czarnoskórym geju. I, niestety, ale jest w tym ziarno prawdy. Otóż, takimi słowy najprościej opisać zdobywcę Oscara za najlepszy film. Przeciętni widzowie nie będą w meandrach pamięci poszukiwać nazwiska Jenkins, które jeszcze nie tak dawno nic nikomu nie mówiło.

W życiu Barry’ego Jenkinsa to kamień milowy. O jego poprzednim filmie, niskobudżetowym Medicine for Melancholy niewielu słyszało, a prawdę powiedziawszy, nie licząc obrazów krótkometrażowych to wraz z Moonlight stanowi on cały dorobek reżysera. Pozostaje mieć nadzieję, że to nie jednorazowy strzał, i w przyszłości nieraz jeszcze zostaniemy pozytywnie zaskoczeni.

Przyglądając się bliżej historii Chirona bez trudu zauważymy, że jest ona prowadzona niespiesznie. Dialogi, wraz z intrygującym postaciami, grają główne skrzypce – są motorem napędowym. Pierwsza część to, zaraz obok znakomitej gry aktorskiej Mahershala Aliego, tajemnica, która okrywa wykreowaną przez niego postaćJuana. Nurtujące pytania o powód, dla którego diler narkotyków postanawia zainteresować się gnębionym przez rówieśników dzieciakiem. Odpowiedzi, które nigdy nie padają wprost, a których możemy się tylko domyślać. Dzięki subtelnym wskazówkom pojawia się mnogość możliwości. Całość jednak nie ocieka tanią oczywistością, nie jest to zły patos o dobrym narkomanie i złej matce – zło miesza się z dobrem. Wisienka na torcie to zakończenie – krótka wymiana zdań, cisza i wiele niewypowiedzianych słów, które raz na zawrze zmieniają światopogląd młodego człowieka.

Kolejne dwa etapy w życiu Chirona nie mają już takiej mocy przebicia, jeśli zna się ich rozwiązanie. Początkowo przemiana z nieśmiałego popychadła w umięśnionego, pewnego siebie mięśniaka jest zaskoczeniem i ciekawym rozwojem wydarzeń. Jednak nawet problemy miłosne, pytania o sens prawdziwej przyjaźni, która przez zdradę prowadzi do ostatecznego pojednania i (niestety) stereotypowego: miłość jest wieczna – może nużyć. Czekając na zakończenie nie zostajemy przez twórców uwikłani w tajemnice i niejasności, droga jest prosta – cel jeden.

Moonlight jest trudnym w odbiorze filmem. Ze względu na brak Hollywoodzkiej akcji nie bawi tak jak proste kino nastawione na rozrywkę, jednocześnie wymagając od widza skupienia i refleksji. Jankins nakręcił film, którego oczekiwano. Pełen stereotypów, jednak wciąż oparty na prawdziwej historii. Głęboki i poruszający na tyle, że tylko pozostawało klaskać, ściągając kapelusze z głów. Z perspektywy czasu można zauważyć, że krytycy, którzy w późniejszym okresie oglądali Moonlight nie popadają już w taki zachwyt, jak amerykańska publiczność. Dobry przykładem może być Japonia, gdzie film do kin trafił ze sporym opóźnieniem.

Reasumując kolejna wizyta w biednej dzielnicy Miami to nowe doświadczenie. Wiemy czego się spodziewać, i trudno oprzeć się wrażeniu, że cały szum, który powstał wokół filmu przy okazji jego premiery i później za sprawą rozdania Oscarów teraz rozpływa się, odkrywając drobne niedoskonałości. Raz już wybraliśmy się w podróż do wnętrza własnej duszy, mierząc się z demonami i problemami, którymi Jankins nas straszy, teraz raczej możemy wyraźniej dostrzec stereotypy w których twórcy uwięzili bohaterów. Seansowi towarzyszy delikatny powiew znużenia, zwłaszcza, gdy film zmierza ku końcowi, a my obserwujemy trzeci, ostatni etap życia Chirona.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina