„Morgan” [RECENZJA]

Wszystko to już było i to w dużo lepszym wykonaniu – tym zdaniem można podsumować cały film. Choć, jeśli uznać to za znaczącą wadę, większość tego co wypluwa z siebie Hollywood od razu trzeba by wyrzucić do kosza.

Gdyby początkujący Luke Scott pragnął pójść w ślady swojego ojca Ridley’a to czeka go długa i wyboista droga. Morgan, jego najnowszy film, który nie wiadomo czy bardziej stara się być thrillerem, czy też horrorem z elementami gore cierpi na bardzo przykrą przypadłość. Otóż po pierwsze: przerost formy nad treścią i to dosłownie. Dzieje się wiele, lecz nic z tego nie wynika, bo wszystkie pomysły są nie dość, że oklepane, to jeszcze potraktowane po macoszemu. Widać, że twórcy chcieli, jednak same chęci to za mało i tu film cierpi po raz drugi, bowiem najprawdopodobniej już go widzieliście. Kompleks badawczy na uboczu, zmodyfikowana inteligencja, jakieś problemy, wypisz wymaluj Ex Machina. I z żalem muszę przyznać, że pomiędzy tymi dwoma obrazami jest przepaść doprawdy wielka.

Lee Weathers (Kate Mara), specjalistka ds. zarządzania ryzykiem, zostaje wysłana przez wielką korporację do odległego, ściśle tajnego laboratorium, by zbadać przyczyny i okoliczności nieszczęśliwego wypadku z udziałem Morgan – eksperymentuistoty ludzkiej z nieco zmodyfikowanymi genami. To, co na pierwszy rzut oka przypomina drobną, przestraszoną dziewczynkę, szybko ujawnia swe prawdziwe oblicze. Historia opowiedziana w filmie, nie ma co ukrywać, jest przewidywalna. I, choć może się tak wydawać, nie postrzegałbym tego jako wadę.

Przyznaję, że już od pierwszych minut śmiało możemy spodziewać się, że eksperymenty nad ludzką inteligencją prędzej czy później wymkną się spod kontroli i dojdzie do nieprzyjemnych incydentów. Jednak Morgan wcale nie stara się tego ukryć, wręcz przeciwnie, nawet zwiastun dobitnie sugeruje czego powinniśmy oczekiwać. Oczywiście nie wspomina on o zmarnowanych pomysłach, lecz nie w tym rzecz. Idąc na seans oczekujemy takiej Ex Machiny, tylko w innym sosie, i dokładnie to otrzymujemy. Fakt, jest to sos raczej ze średniej półki, ale wciąż jest tym, na co powinniśmy być przygotowani.

Morgan porusza problem ludzkich emocji i niebezpieczeństw jakie niosą ze sobą zabawy z ludzkim życiem. W podtekście mamy do czynienia z pytaniem, czy i w jaki sposób możemy wyznaczać granicę pomiędzy człowiekiem a rzeczą, tym, jak określana jest tytułowa bohaterka. Niestety pytanie pozostaje bez odpowiedzi, a jego zrozumienie dodatkowo utrudnia brak głębszego umotywowania działań Morgan. Film nie stara się tłumaczyć, dlaczego dzieje się to co właśnie oglądamy, a szkoda, bo motyw ten zaintrygował mnie nie po raz pierwszy i naprawdę ciekaw byłem, jak postanowił rozwiązać to Luke Scott, zwłaszcza, że jego ojciec często stawiał widza przed podobnymi dylematami.

Ostatnim punktem, o którym warto wspomnieć, jest gra aktorska, która prezentuje się na przyzwoitym poziomie. Anya Taylor-Joy wykreowała przekonywujący obraz młodej dziewczyny, z trudem radzącej sobie z emocjami. Jej Morgan od początku bawi się z widzem oszukując i manipulując, raz ją kochamy, innym razem się jej boimy. Na planie widać chemię i zaangażowanie aktorów. Dzięki temu film nabiera delikatnych rumieńców, nie czuć bowiem tej sztuczności, nie kłuje ona po oczach.

Za obejrzeniem Morgan przemawia tak naprawdę niewiele. Można by to tłumaczyć skromnym budżetem, zaledwie osiem milionów dolarów, jednak filmy jak Ex Machina udowadniają, że da się robić dobre rzeczy za małe pieniądze. W praktyce wielu ciekawych pomysłów nie udało się przekuć na zgrabny scenariusz, w wyniku czego otrzymujemy jedynie postrzępione kawałki czegoś, co w teorii miało jakiś potencjał. Oglądało mi się całkiem przyjemnie i, szczerze, nie żałuję czasu spędzonego w kinie. Niemniej to za mało, by móc go z czystym sumieniem polecić.

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina