„Mumia” [RECENZJA]

Stęchła Mumia po latach powraca zza grobu, jednak zamiast straszyć i przerażać wabi nas swymi krągłościami i nienagannym makijażem. Widać robi dobrą minę do złej gry, bo scenariusz filmu, w którym ją umieszczono, zakrawa na ponury żart – pisze Patryk Wolny.

Nie takiej Mumii oczekiwałem. Zdaję sobie sprawę, że powroty bywają trudne, jednak w przypadku najnowszego dzieła Alexa Kurtzmana można mówić tylko o wielkiej katastrofie. Szczerze, to chciałbym móc wskazać choćby jeden element filmu, który przemawiałby za tym, że jednak warto go obejrzeć. Obawiam się niestety, że jest to niemożliwe.

Nie będę się rozpisywał, nie bardzo zresztą jest nawet o czym. Fabuła, pomijając fakt, że jest naiwna i pełna absurdów, przypomina zlepek innych wysokobudżetowych produkcji. Odniesienia, jak podejrzewam, wynikają albo z braku pomysłu, albo też ślepej wiary, że właśnie takie, a nie inne decyzje zapewnią Mumii kasowy sukces.

W filmie podążamy śladami Nicka Mortona (Tom Cruise), komandosa marynarki wojennej i złodzieja w jednym. Wraz ze swoim kolegą Chrisem (Jake Johnson) trudnią się oni (oprócz wojaczki) kradzieżą zabytków, które następnie sprzedają na czarnym rynku. Podczas próby odnalezienia jednego z takich skarbów wplątują się w wymianę ognia. Tyłki ratuje im eskadra powietrzna, która bombarduje teren, odsłaniając tajemniczy grobowiec. W mgnieniu oka na miejscu zjawia się armia, w tym ich przełożony, oraz Jenny Halsey (Annabelle Wallis), kobieta, która wyskakuje niczym królik z kapelusza, roszcząc do wszystkich pretensje. Nick przespał się z nią, by ukraść jej mapę skarbu.

Panna Halsey pojawia się znikąd, jest nikim, ale nie przeszkadza jej to w wydawaniu rozkazów pułkownikowi Greenway’owi (Courtney B. Vance), przełożonemu Mortona, który ostatecznie, niczym baranek, nie tylko wykonuje jej polecenia, ale także organizuje transport wojskowym samolotem (sic!) sarkofagu z mumią, którą ukradli (sic!) z grobowca w zbombardowanej miejscowości, w której jak się dowiadujemy, nie powinno ich nawet być.

Widać jednak wojsko jak to wojsko, może nie tylko naginać, ale i nawet łamać zasady. Podobnie zresztą sytuacja wygląda w odniesieniu do losów wspomnianego samolotu. Mumia, czy raczej olśniewająco piękna Ahmanet (Sofia Boutella) doprowadza do przeteleportowania całej maszyny z Iraku do Wielkiej Brytanii, a następnie uszkodzenia jej, co prowadzi do katastrofy. W dalszej części filmu uświadczymy klątwy, duchy, chodzących zombie, poobserwujemy nawet bieliznę Boutelli, która została kiepsko przykryta kostiumem aktorki.

Gra aktorska głównych bohaterów niebezpiecznie zbliża się do dna. Cruise to aktor, który nie tylko nie potrafi się odnaleźć w swojej roli, ale także został stworzony do całkiem innych produkcji. Kiepsko napisana rola dopełnia tylko ten tragiczny obraz. Najlepiej (wciąż słabo) wypada Russell Crowe, który wcielił się w doktora Jekylla. Nie ma on jednak szans by ostatecznie podnieść ocenę filmu.

Mumia jest pierwszym z serii filmów, które mają składać się na mroczne uniwersum (Dark Universe) i stanowi to chyba najgorszą z możliwych informacji. Nie tylko może oznaczać to zwiastun szybkiego upadku pomysłu studia Universal Pictures ale także utwierdza widza w przekonaniu, że nie ma co oczekiwać filmów pełnych grozy, ocierających się wręcz o horror. Wszystko zostanie sprowadzone do kina młodzieżowego, głupot, jakich pełno obecnie na rynku.

Nie wierzę ponadto, żeby młodsi odbiorcy jakoś specjalnie oczekiwali powrotu kultowych potworów, które na przestrzeni minionych lat straszyły nas z ekranów kin. Gdzie tu klimat pierwszych Mumii, Frankensteina czy Niewidzialnego Człowieka? Koleje filmy są w produkcji, może włodarze Universal Pictures wyciągną jakieś wnioski z Mumii. Na razie jednak nie warto zawracać sobie głowy ani egipską pięknością, ani nawet całym uniwersum.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina