W Cannes Lars von Trier zaprezentował swój najnowszy obraz „The House That Jack Built”, który z miejsca okrzyknięty został brutalnym i szokującym, a ponad 100 osób opuściło pokaz.

Wybierając się na film reżysera „Nimfomanki” czy „Antychrysta” o jakże wdzięcznym tytule: „The House That Jack Built” (dosł. dom, który Jack zbudował) opowiadający o mordercy torturującym kobiety nie spodziewamy się raczej spokojnej przechadzki po parku a podróży do najciemniejszych zakamarków ludzkiego mózgu.

Choć widać, nie wszyscy (celowo lub też nie) potrafią dostrzec pewne zależności i sami, z własnej woli, pchają się w paszczę lwa, by następnie dać pożywkę mediom: Lars von Trier ponownie szokuje, gawiedź opuszcza pokaz. I jakoś nie dostrzegam, w którym nic sensacyjnego. Ot ktoś się obraził, tupnął nóżką i niczym dziecko wybiegł z krzykiem z sali.

Najnowszego obrazu von Triera nie widziałem, jednak jego poprzednie filmy (może i mocne) nie były niczym specjalnym. Ot przemoc w jednym, dość odważne sceny seksu w drugim i tyle. Nic, czego kino nie oferowałby nam wcześniej.  

Czytając żale na brutalność scen w „The House That Jack Built” przypomniał mi się pewien film z roku 2017 zatytułowany „Snuff 102”, w którego powstanie wręcz trudno uwierzyć. W tym przypadku fabuła to jakieś popłuczyny, a całość ma tylko i wyłącznie jeden cel: szokować – i to dosłownie. Przy okazji premiery tego arcydzieła reżyser został zaatakowany przez widzów, którzy uwierzyli w prawdziwość pokazywanych scen i chcieli go na miejscu zlinczować.

Spoglądając w stronę kina gore, często niskobudżetowych produkcji, których zadaniem jest obrzydzenie widza, wspomniana reakcja na film von Triera zdaje się bardzo podkoloryzowana. No chyba, że reżyser przygotował nam kolejną świnkę morską lub jego film okazał się tak zły, że po prostu nie dało się wysiedzieć w kinie – wtedy to przepraszam. Nie wierzę w żaden z tych scenariuszy, ale za to w potęgę machiny marketingowej już tak.


Autor: Patryk Wolny