„Nerve” [RECENZJA]

Przerażające w tym filmie jest to, jak przedstawiona fikcja niemal ociera się o rzeczywistość. Zdecydowanie jedno z największych, pozytywnych, zaskoczeń tego roku. Wizualnie mistrzostwo z oczywistym morałem na zakończenie.

Pierwsze kilka minut przywodzi na myśl film Cybernatural, w którym twórcy postanowili ukazać akcję z perspektywy pulpitu komputera, obserwujemy korzystanie z przeglądarki, komunikatora, czy Facebooka. Zaledwie początek, a już możemy podziwiać wprawę, z jaką duet reżyserski Henry Joost – Ariel Schulman bawi się na naszych oczach mieszanką mediów. Także w dalszej części filmu obserwować będziemy pulpity telefonów czy laptopów, na których uruchomiono tytułową aplikację Nerve. Pozornie nic nie znaczący szczegół, jednak nie dość, że znakomicie współgra z opowiadaną historią, to jeszcze nadaje delikatnej nuty wiarygodności – a przynajmniej do pewnego momentu, jednak o tym później.

Nerve – aplikacja, którą przez użytkownikiem stawia jedno proste pytanie: „jesteś obserwatorem czy graczem?”, by następnie przetestować granice jego możliwości. Zabawa, która pozornie wydaje się niewinna, szybko przeradza się w pełną niebezpieczeństw rywalizację. Vee (Emma Roberts), słodka licealistka, wiodąca spokojnie życie nudziary, unikająca wyzwań i wszelakich szaleństw postanawia, że ten jeden raz ma już dość bycia jedynie obserwatorem i rejestruje się jako jeden z graczy. Początkowo nieco z dystansem, szybko wciąga się wir zabawy zyskując coraz więcej, stawiając czoła coraz to trudniejszym wyzwaniom. W drążeniu do wygranej towarzyszy jej niejaki Ian (Dave Franco), który także jest jednym z uczestników, a którego poznała dzięki woli aplikacji.

Wszystko zamyka się w całkiem spójną całość aż do momentu, kiedy cienka linia pomiędzy szalonymi wyzwaniami zostaje przekroczona i stawką staje się ludzie życie. Tutaj kończy się zabawa, a zaczyna poważna gra. Akcja wchodzi na dużo wyższy poziom, film już nie stawia na realizm, po całości przychyla się w stronę prostej, aczkolwiek bawiącej, rozrywki. Grzechem byłoby nie wspomnieć, że historia wydaje się kalką tego co mogliśmy zobaczyć w Igrzyskach śmierci, czy nawet starym Uciekinierze ze Schwarzeneggerem w roli głównej. Tło i otoczka oczywiście znacząco się różnią, jednak dalej mamy potrzebę pierwotnej, brutalnej rozrywki lepszych ludzi, którzy posiadają kontrolę nad czyimś życiem. Zakończenie to także delikatna kalka z innego filmu młodzieżowego, choć, na szczęście, ładnie przyprawiona dwoma ciekawymi zwrotami akcji.

Najsilniejszą stroną Nerve są zdecydowanie zdjęcia. Niemal na każdym kroku, przy każdej scenie zostały wykorzystane neony, które budują naprawdę fenomenalny klimat. Osobiście bardzo sobie chwalę zabawę światłem w filmie, momenty dla których warto oglądać nawet pomimo pewnych niedociągnięć innych elementów. Wystarczy zobaczyć zwiastun, by z łatwością rozpoznać podobieństwo do kina Refna. Mocno kojarzy mi się to z Tylko Bóg wybacza, który także pomimo wielu niedociągnięć i uchybień potrafił oczarować wizualnie. Podobnie i tutaj, dla wielbicieli piękna obrazu będzie to uczta dla oczu.

Na koniec kwestia gry aktorskiej. Pomimo że stoi ona na przyzwoitym poziomie, nie czuć chemii pomiędzy głównymi bohaterami. Roberts jest tą zdecydowanie jaśniejszą gwiazdą, wykreowała naprawdę ciekawy obraz młodej licealistki, choć rola od strony scenariusza ma pewne niedociągnięcia, postaci Vee brak silnego umotywowania do jej poczynań. Z drugiej strony Franco sprawia wrażenie, jakby grał w nieco innym filmie niż jego ekranowa partnerka. Aktorsko to taki autopilot, jest dobrze, ale bez szaleństw.

Nerve to dobry młodzieżowy film akcji, który spełnia swoje najważniejsze zadanie: sprawia frajdę. Ogląda się go naprawdę przyjemnie i osobiście pozytywnie się zaskoczyłem, oczekiwałem dużo gorszego kina. Piękny wizualnie, prosty w odbiorze, świata może nie zmieni, jednak jako kino rozrywkowe na jeden wieczór zdecydowanie tak.

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina

 

PS. Warto też wspomnieć o filmie podobnym, jednak znacznie brutalniejszym. Dla poszukujących mocnego kina polecam: 13 grzechów.