„Nice Guys. Równi goście” [RECENZJA]

Przykra sytuacja, kiedy zwiastuny obiecują gruszki na wierzbie, a w rzeczywistości wychodzi kolejny przeciętny film. Na szczęście Równych gości to nie dotyczy – co więcej, udowadniają oni, że komedia kryminalna żyje i ma się całkiem dobrze.

Shane Black sprawił, że na nowo poczułem się jak dzieciak, oglądający dobre stare komedie kryminalne z lat 90. Ojciec takich filmów jak Zabójcza Broń czy Kiss Kiss Bang Bang postanowił dokonać niemożliwego. Tworząc Równych gości zaoferował nam niesamowitą podróż w czasie, byśmy na nowo mogli znaleźć się w pięknych latach 70. i przeżyć kolejną niezapomnianą przygodę.

Równi goście, czyli Holland March (Ryan Gosling), były funkcjonariusz, a obecnie samotny ojciec i detektyw, który zarabia żerując na naiwności staruszek. Swój dzień zaczyna od czegoś mocniejszego, a kończy osuszając jedyną pozostała w zasięgu ręki butelkę. W przypadku kłopotów woli się nie wychylać, a większość spraw rozwiązuje dzięki odrobinie szczęścia. Jego partner i zarazem zleceniodawca Jackson Healy (Russell Crowe) to w kolei drobny zbir do wynajęcia, który za kilkadziesiąt dolarów pogruchocze buźkę i przekaże odpowiednie pozdrowienia. Niepijący eks alkoholik, który zgrywa wielkiego twardziela, a tak naprawdę ma serce ze złota.

Dwóch pozornie nierównych gości połączy wspólne dochodzenie i chęć odnalezienia niejakiej Amelii. Po drodze przyjdzie im się zmierzyć z prawdziwie przerysowanymi czarnymi charakterami i odwiedzić wiele ekscytujących miejsc, wyrwanych wprost z dobrego noir. Impreza u reżysera pornosów czy potyczka słowna z barmanem to tylko wierzchołek góry lodowej. Wszystko przyprawione bardzo dobrze napisanymi dialogami. Na brak humoru także nie można narzekać, potyczki słowne bohaterów czy gagi sytuacyjne co chwila sprawiały, że sala wypełniała się głośnym śmiechem. Film urzeka także swoją nieprzewidywalnością. Przyzwyczajeni do filmów, w których główną rolę odgrywa jednoosobowa armia, dobrze zobaczyć sceny, w których coś się dzieje dzięki zwykłemu szczęściu lub nie dzieje się wcale, a bohaterowie muszą ratować się ucieczką.

Film ma jeszcze jeden bardzo duży atut w postaci młodej Angourie Rice, która wcieliła się w córkę Marcha, Holly. Wygadana dziewczyna ratuje równych gości z opresji, w które się akurat wplątali. Jest także ich sumieniem, pilnując, nadzorując i pouczając co do ich zachowania, kiedy okazuje się to koniecznie. Dopełnia ekranowy duet, wnosząc wiele dobrego od siebie.

Powtórzę to jeszcze raz, lata 70. ulice pełne gęstego, duszącego smogu, branża porno, która stara się wejść na salony. Pełna intryg i korupcji polityka, czy w końcu Hollywood, które jednocześnie wypluwając z siebie sequel za sequelem oferuje widzom perełki pokroju Brudnego Harrego. Wszystko przystrojone klimatyczną muzyką z tamtego okresu, która dopełnia całości. Zestaw idealny.

Wreszcie w przypadku Równych gości nie można uniknąć porównań do wielkiego przeboju z przed lat: Zabójczej Broni, z Gibsonem i Gloverem w rolach głównych. I porównania te są wcale od rzeczy, bowiem z czystym sumieniem można stwierdzić: Gosling i Crowe stanowią godne zastępstwo dla swych poprzedników. Mamy tutaj ten sam dobry humor, za który lata temu pokochaliśmy Riggsa i Mutaugha.

nice guys. równi goście

Czego jeszcze można oczekiwać od Shana i jego Równych gości? Chyba już tylko kontynuacji, która byłaby równie dobra jak cześć pierwsza, a może i nawet lepsza. Jeszcze bardziej przerysowana, pełna tego specyficznego humoru i wyrazistych bohaterów. A nim to nastąpi, warto wybrać się do kina, by już dziś przeżyć przygodę razem z Marchem, Healym i oczywiście słodką Holly w urzekających latach 70.

 

P.S. Gosling w roli równego gościa Marcha odnalazł się idealnie. Podczas seansu widać, że nie tylko wczuł się on w swoją postać, on się wręcz stał zapitym Hollandem. Pasują do siebie idealnie, co sprawia, że to jeden z jego lepszych filmów.

 

Mały bonus na koniec w postaci krótkiej animacji reklamującej film:

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina