- REKLAMA -

Każdy dziennikarz ma taki kalendarzyk. Pełen nazwisk i numerów telefonów. Do ludzi, z którymi rozmawiał raz, do takich, do których dzwonił często i z radością. I tylko w pewnej chwili orientujesz się, że zostały tylko same numery, bo ich właściciele zmienili życie na wieczne.

Mój kalendarzyk jest stary i mocno przenoszony. Ciemnozielona derma z okładki pozłaziła na rogach, kilka stron przyklejałam w nim niezliczoną ilość razy a i tak wciąż wypadają. I chociaż służy mi już wyjątkowo rzadko, to nie umiem się z nim pożegnać. To taki mały symbol ciągłości dziennikarskiego fachu. Jak cenny uświadomiłam sobie w kwietniu 2010 roku, kilka dni po tym, jak Tu-154 rozbił się w trakcie lądowania na smoleńskim lotnisku.

Siedziałam pod redakcją paląc papierosa i szukając czyjegoś numeru, gdy kalendarzyk otworzył mi się na literze J. A tam nabazgrany w pośpiechu ręką właścicielki numer Izabeli Jarugi-Nowackiej. Stanął mi przed oczami moment, kiedy go zapisywała. Spotkałyśmy się przed Sejmem przy okazji jakiejś demonstracji.  Rozmawiałyśmy o prawach kobiet, jak to baba z babą, kiedy zadzwonił telefon i wezwano mnie pilnie do redakcji. Spojrzała tylko na mnie spod tej blond grzywki i powiedziała: niech pani zadzwoni, pogadamy jeszcze. Nie zdążyłam zadzwonić.

Mam też numer Maćka Kuronia. Rubasznego, przeuroczego faceta, na którego zawsze można było liczyć. Ile razy coś nie wypaliło, to dzwoniłam do Maćka a on znajdywał dla mnie kilka minut. Pamiętam, że kiedyś wyrwałam go z ważnego spotkania i wtedy pierwszy raz powiedział mi: dobra, ale coś za coś. Tym czymś było nagłośnienie organizowanego przez niego pikniku, na którym chciał serwować praskie dania. Zobowiązanie wypełniłam, zaangażowałam redakcję w sprawę, a nawet pojechałam na wydarzenie. Uradowany Maciek Kuroń, bo on się zawsze radował wszystkim, nalał mi wielką chochlą pełną miskę flaczków, a kiedy podziękowałam grzecznie, bo ja z tych bezmięsnych, otworzył szeroko oczy ze zdumienia: No żebym ja tak wegetariankę polubił!

Maćka nie ma. Nie ma też Jana Machulskiego, zawsze uprzejmego Krzysztofa Kolbergera. Nie ma Roberta Leszczyńskiego ani Sławomira Mrożka, na którego gapiliśmy się gremialnie, gdy regularnie, kilka razy w tygodniu mijał okna redakcji. I nie ma Jarka Śmietany, ani nikogo, kto tak jak on zagrałby mi „Little Wing”.

Poznaliśmy się przy okazji festiwalu jazzowego. Miałam zrobić z nim krótki wywiad, skończyło się niejedną długą pogawędką przy kuflu piwa. A wszystko za sprawą Hendrixa. Bo gdy ten wielki człowiek: wielki fizycznie, duchowo i talentem, usłyszał, że taka tam panienka jak ja zna Hendrixa, lubi, a nawet wykłócać się o niego potrafi, to Jarek, choć Śmietana, rozpłynął się jak lody. Bo Jarek Hendrixa wielbił nade wszystko. Miał w swojej płytotece każdy jeden dźwięk kiedykolwiek zarejestrowany przez tego mistrza gitary na każdym możliwym nośniku. Jarek Hendrixem oddychał. I kiedy tak się już nagadaliśmy, mówi mi: przyjdź jutro na koncert, tylko się pokaż, że jesteś, bo mam coś dla ciebie. Przyszłam. Podeszłam, pod scenę. Jarek skinął na mnie i usłyszałam pierwsze dźwięki najpiękniejszej z ballad Hendrixa. „Little Wing” i uśmiech Jarka na zawsze złączyły się w jedno.

Dzisiaj ponownie otworzyłam swój notes i zobaczyłam numer Edwarda Dwurnika. W niedzielny poranek serwisy podały, że ten jeden z najwybitniejszych polskich współczesnych malarzy odszedł w wieku 75 lat. Pomyślałam, że nigdy bym mu tylu lat nie dała. Był młody. Jego duch był młody i przekorny, a ciało zdawało się za nim nadążać. Nie pamiętam, kiedy się poznaliśmy, ale upłynęła od tego ponad dekada. Miałam dwadzieścia kilka lat i pierwsze szlify dziennikarskie za sobą. Wciąż z niepewnością patrzyłam na wielkich i sławnych tego świata. Ale on swoją wielkość i sławę miał za nic. Wszystko traktował z dystansem, nawet własną sztukę i samego siebie. Pamiętam jego dom i podjazd zachlapany farbą. Ogromną pracownię szczelnie zastawioną sztalugami i blejtramami. Pamiętam, jak śmiał się, gdy ktoś mówił, że tak to nawet dziecko malować potrafi. – To niech namaluje – odpowiadał zwykle bez urazy.

Nie umiem wyrzucić starego kalendarza. Trzymam go na dnie szuflady i pozwalam, by poddał się entropii.  Może kiedyś, jeśli poznam godzinę, dopiszę tam swój numer.


Autor: Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka