W rozegranym w sobotę 11 maja meczu 6. kolejki Topligi drużyna Giants Wrocław pokonała na własnym boisku Warsaw Eagles 9:7.

fot. Giants

Spory wpływ na przebieg spotkania miał padający nad Wrocławiem deszcz. Ulewa trwała od piątkowego wieczoru. Warunki atmosferyczne utrudniły grę formacjom ataku obu zespołów, co wpłynęło na niski wynik końcowy. Niewielka różnica punktowa sprawiła też, że prowadzący przez prawie cały mecz Giants, mogli go jeszcze łatwo przegrać w ostatniej kwarcie.

W pierwszej części gry, którą wykopem rozpoczął nowy gracz Gigantów, brązowy medalista Igrzysk Olimpijskich w Londynie Damian Janikowski, przy piłce znajdowali się właściwie wyłącznie Eagles. Dzięki krótkim akcjom pokonali 60 jardów. Obrona Giants zatrzymała rywali dopiero przed własną czerwoną strefą, zmuszając jednocześnie do nieudanej próby kopnięcia z pola z 42 jardów. W drugiej kwarcie kopnięcie gospodarzy z podobnego dystansu było co prawda udane, ale akcję cofnęły flagi i Giganci musieli ostatecznie odkopać piłkę.

Orły po raz drugi z rzędu nie wykorzystały swojej okazji i nie potrafiły zdobyć pierwszej próby. Na dodatek po puncie zakończonym niesportowym zachowaniem jednego z graczy ze stolicy znów ustawiły wrocławian w świetnej pozycji na swojej połowie. Giants nie ugrali co prawda za wiele, ale wystarczająco dużo, by Dawid Pańczyszyn mógł wykonać swoje drugie udane kopnięcie z pola w tym meczu. Tym razem flag na murawie już nie było i to zespół z Dolnego Śląska objął prowadzenie.

Eagles w odpowiedzi popełnili swój najkosztowniejszy błąd w całym meczu. Już w pierwszej akcji po wykopie zgubili piłkę na własnym 20. jardzie. Na boisko wróciła więc ofensywa wrocławian, która po dobrym biegu Marka Philmore’a potrzebowała tylko kilku jardów, żeby podwyższyć swoje prowadzenie. Przyłożenie zdobył krótkim biegiem Bartosz Dziedzic. Do przerwy gospodarze prowadzili 9:0.

Trzecia kwarta również należała do drużyny z Warszawy, której obrona nie pozwoliła zdobyć Gigantom ani jednej pierwszej próby. Jej atak z kolei grał dobrze, ale nie potrafił przekuć tego na punkty. Najpierw po świetnej serii ofensywnej, w której wiele razy błyszczał Jakub Juszczak, Orły próbowały kopnięcia z tylko 22 jardów, ale druga w tym dniu próba Marcina Łojewskiego była nieudana. Po szybkim odzyskaniu posiadania, atak Eagles znów parł do przodu dzięki akcjom biegowym, ale Juszczak pozwolił sobie wybić piłkę będąc już w czerwonej strefie Giants. Futbolówkę odzyskał Mateusz Ruta.

Ta strata zakończyła trzecią kwartę, po której zdawało się, że goście więcej okazji w tym meczu już mieć nie będą. Dzięki dobrej postawie defensywy, Orły Phillipa Dillona znów szybko były przy piłce i tym razem wykorzystały to od razu. Shane Gimzo zaryzykował długim podaniem do Filipa Mościckiego, który urwał się ostatnim obrońcom i wbiegł w pole punktowe. Udane podwyższenie oznaczało, że warszawiacy tracili do gospodarzy już tylko dwa oczka.

Mecz nagle nabrał rumieńców, bo już chwilę później powalony przez obrońców Bartosz Dziedzic wypuścił z rąk piłkę, którą odzyskał gracz Orłów.  Goście grali więc z 25. jarda połowy przeciwników, ale nie potrafili zdobyć pierwszej próby. Przygotowali się więc do kolejnego w tym meczu 42-jardowego kopnięcia, ale Łojewski ponownie nie pomógł swojemu zespołowi. Giants próbowali po tej akcji jak najdłużej utrzymać się przy piłce, ale przez własny błąd – punter dotknął kolanem ziemi przed odkopnięciem – na dwie minuty przed końcem oddali piłkę Eagles na własnym 40. jardzie.

Zespół z Warszawy stanął przed ostatnią szansą. Ich rozgrywający niemal skopiował wcześniejszą akcję, która zadziałała przy przyłożeniu, ale podania nie był w stanie utrzymać w rękach Mościcki. Eagles chwilę później zdobyli pierwszą próbę i powinni zdobyć też następną, ale po udanej akcji podaniowej na murawie leżała flaga. Kara za przytrzymywanie cofnęła gości o 10 jardów, a w kolejnych akcjach o stratę jardów zadali defensorzy drużyny wrocławskiej. Dzięki ich skutecznej grze gospodarze utrzymali korzystny wynik do ostatniego gwizdka.

– Grało się dzisiaj bardzo ciężko. Przy tej pogodzie prawie nie dało się biegać, podania były właściwie bez sensu. Nie mogliśmy robić tego, co zawsze robimy – mówił Jacek Szuszkiewicz, koordynator ofensywy Giants. – Prowadziliśmy bardzo długo, ale zaskoczyło nas jedno długie podanie. W końcówce, to nasza defensywa wygrała mecz, nie pozwalając rywalom zdobyć punktów – dodał.

– Rzeczywiście bardzo trudno było dzisiaj nie tylko podawać, ale nawet utrzymać tak śliską piłkę czy poprawnie ją zasnapować – mówił Jakub Juszczak, running back Eagles. – Możliwe, że zagramy z Giants jeszcze jeden mecz, w półfinale Topligi. Wtedy pokażemy im jak dzisiejsze spotkanie powinno się ułożyć – zapewniał.

Wśród Giants wyróżniali się przede wszystkim defensorzy Robert Rosołek, Bartosz Świątek i Mateusz Ruta. Ostatni z nich popisywał się też bardzo dobrymi odkopnięciami, które pozwalały jego zespołowi wyjść z opresji. Wiele z puntów Ruty powodowało to, że Eagles musieli zaczynać serie ofensywne blisko władnego pola punktowego.

W drużynie gości dobrze zaprezentowali się biegający z piłką Witold Szpotański i Jakub Juszczak. W obronie na niewiele pozwalali też Caleb Singleton, Tomasz Szczeszek i Marc Airhart.

Kolejny mecz Giants rozegrają 19 maja, gdy na wyjeździe z zmierzą się z Warsaw Spartans.  

 

Giants Wrocław – Warsaw Eagles 9:7 (0:0, 9:0, 0:0, 0:7)

 

II kwarta

3:0 36-jardowe kopnięcie z pola Dawida Pańczyszyna
9:0 przyłożenie Bartosza Dziedzica po 1-jardowej akcji biegowej

IV kwarta

9:7 przyłożenie Filipa Mościckiego po 60-jardowej akcji po podaniu Shane’a Gimzo

 

Mecz obejrzało 500 widzów.

MVP meczu: Mateusz Ruta (linebacker Giants Wrocław)

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułKoszykarze Śląska prowadzą 2-1
Następny artykułPromocyjne flagi na Nowych Żernikach
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.