Najnowszy musical Teatru Muzycznego Capitol „Nine” wpędził mnie w skrajne emocje. Uczuciowy rollercoaster, na który nie byłam przygotowana. Piękny wizualnie i pusty w środku. Mam żal, że w tym całym pięknie zabrakło jakiejś iskry bożej czy diabelskiej, bym mogła przekroczyć magiczną granicę między jawą a snem na dłużej niż mgnienie powiek.

Premiera niestety mnie ominęła. A ciekawość zżerała. Zwłaszcza, że reżyserii podjęła się osoba nietuzinkowa. Znana ze współpracy z tak wybitnymi twórcami, jak Jarocki czy Treliński. Przeczytałam, więc kilka recenzji by zaspokoić pierwszy głód. Nie wszystkie wychwalały pod niebiosa Pię Partum i jej dzieło. Byłam wręcz oburzona, gdy trafiłam na tekst pewnego recenzenta, który to wstydzi się za Nine, a dyrektorowi Capitolu współczuje. Jak to się nie zachwycił? Jak to mdłe role? Szłam, więc na spektakl, by swoją recenzją walczyć o dobre imię „Nine”. A tu klops. Jednakże ani się nie wstydzę, ani nikomu nie współczuję, bo choć bardzo nie lubię tego słowa, to było całkiem poprawnie, a pan recenzent gruubo przesadził.

Felliniego i historię reżysera cierpiącego na brak weny chyba wszyscy znają. Opowiadać, więc nie będę o depresji, tkliwości, uwodzeniu widza i klasie samej w sobie. U Pii Partum to wszystko zdaje się być zawarte. Choć nie podejrzewam jej zupełnie o to, by chciała zrobić kopię z „8 i ½„. Jednakże w capitolowskim „Nine” czuć podmuch przeszłości. Niespieszności. Ta niespieszność mnie nie porwała. Pierwsze sceny wlokły się niczym stary wóz bez świateł po polnej drodze. Klimatyczne te dłużyzny i osadzone w przepięknej scenografii Magdaleny Maciejewskiej, ale jakieś puste. Bez życia. Pierwsze emocje poczułam przy songu Justyny Szafran („Mój mąż kręci filmy”), która jako żona sławnego reżysera Guido (Błażej Wójcik) dotkniętego niemocą twórczą, jest wręcz fenomenalna. To jej dałam się oczarować. Spojrzałam innym okiem na tą charyzmatyczną aktorkę, która w „Nine„ jest zachowawcza, wycofana i „zasznurowana” przez gorset problemów, a przy tym wszystkim tak bardzo prawdziwa. Kolejny raz z zachwytem otworzyłam oczy, by dostrzec jakby żywcem wyrwaną z berlińskiego kabaretu, tak, tak berlińskiego nie paryskiego, Bognę Woźniak-Joostberens (producentka filmu Guida) w białych piórach. Zachwyciła mnie i ona i jej kanciasty język, a także obrazy malujące się za jej plecami. Schody wyjeżdżające spod ziemi i wianuszek roześmianych tancerek. Ten numer dodał energii i pieprzu. Znakomicie wypadła też Magdalena Wojnarowska w roli uwodzicielskiej Claudii Nardi i Katarzyna Emose Uhunmwangho, jako rubaszna prowokatorka pierwszych w życiu Guida erotycznych doznań. Oczywiście na brawa w pełni zasługuje Carla Elżbiety Romanowskiej, która swoją lekkością motylka, gorącym seksapilem i głosem nie pozwoliła tego wieczoru, by ktokolwiek o niej zapomniał. I dalej długo, długo nic. Dzieci? Owszem, uroczo słodkie i wprowadzające nutę pikanterii w zderzeniu z prawie nagą Carlą i rozbuchaną Saraghiną. Sam Guido niestety mnie nie poraził, nie rozkochał w sobie. Choć bardzo cenię sobie Błażeja Wójcika z innych jego ról we wrocławskim teatrze, tym razem nie uwierzyłam mu do końca. I nie wiem, czy to jego wina, czy wina braku pomysłu reżyserki. Niemniej jednak należą mu się wielkie brawa za piękne wykonanie „Dzwonów św. Sebastiana”.

„Nine” Pii Partum nie jest spektaklem, który powala całością. Pojawiają się w nim przegadane nic niewnoszące sceny, które burzą konstrukcję i moje poczucie dobrze opowiedzianej historii. Ale są też przepiękne fragmenty. Ułamki sekund fenomenalnie rozegranych pomiędzy Luizą a Guidem oraz Guidem a Claudią, Carlą i Liliane La Fleur. Momenty, które zapadają w pamięć i skłaniają do refleksji. Piękne songi i mistrzowskie kostiumy. W tym całym cudnym obrazku brak mi jednak żywych emocji. Mocno bijącego włoskiego serca.

Autor | Sabina Misakiewicz
Zdjęcie | Natalia Kabanow / Teatr Muzyczny Capitol