Wyobrażacie sobie bluesa, który jest tak wielki, jak cała bawełna zebrana przez wszystkich Murzynów w historii? Albo ciarki, które przechodzą od czubków palców dłoni, przez ramię, kark, aż po czubek głowy. Ja to poczułem. Nieraz już nie chciało mi się wychodzić z Capitolu. Doznania z „Novecento” Błażeja Wójcika są jednak jedyne w swoim rodzaju.

Historię genialnego „Novecento” poznałem wcześniej, więc nie zaskoczyła mnie. Natomiast Błażej Wójcik w swoim monodramie zmroził mnie do cna. Przy ascetycznej wręcz scenografii zbudował napięcie, które trwało jeszcze długo po jego zejściu ze sceny. Subtelna gra świateł i prosta forma wciągnęła mnie w niesamowitą podróż statkiem Virginian, na którym całe swoje życie spędził najlepszy przyjaciel opowiadającego, genialny  pianista – Danny Boodmann T.D Lemon Novecento. I choć wydawało mi się, że wszystko o nim wiem, to usłyszałem tę historię na nowo. I zupełnie inaczej. Pisząc te słowa na gorąco po wrocławskiej premierze wydaje mi się wręcz, że usłyszałem inną historię. Bo nie była to opowieść o muzyku. To był monolog o marzeniach i szukaniu swojego miejsca w życiu. Rzecz została wystawiona w Teatrze Muzycznym Capitol i choć całemu spektaklowi towarzyszyła muzyka, to Wójcik ani razu nie zdecydował się zaśpiewać. On nam chciał zwyczajnie coś opowiedzieć.  Podszedł do tego wręcz, jak do pewnej misji – podzielenia się fabułą, która została jemu powierzona. Która na niego spłynęła. Opowiadał o genialnym muzyku, ale tak naprawdę mówił o nas. Od początku wprowadzał w historię, którą mieliśmy sobie wyobrazić, która rozgrywać się mogła w naszej głowie. Razem z nim mogliśmy poczuć kołysanie na statku. Nie towarzyszyły temu żadne efekty specjalne. Ci, którzy dali sobie szansę, mieli okazję siedzieć przy fortepianie, w którym podczas sztormu zwolniono hamulce i który poruszał się po statku w rytmie uderzających o burtę fal. Emocji  było wiele. Nawet znużenie, którego doświadczał bohater pływaniem od kontynentu do kontynentu i koncertami dawanymi cztery razy dziennie. Opowieść tak znakomita, jakby wydarta  z najlepszych spotkań w miłym gronie, kiedy to zjawia się niezwykle barwna osobowość. Napięcie narasta stopniowo, aż do wielkiego finału. Po nim pozostaje już tylko ogrom myśli w głowie.

Ten spektakl,  jak wiele innych tego rodzaju ma to do siebie, że otrzymasz od niego tyle, ile z siebie dasz. To permanentny dialog z widzem. Ważny jest w nim bagaż, z którym się przechodzi. A że dzień ten był dla mnie niezwykle aktywny przyszedłem m.in. z wyśpiewaną w Synagodze pod Białym Bocianem historią Mordechaja Gebirtiga „Bądź zdrów Krakowie” i „Radiem Armageddon. Transmisja”, które znajdzie się w repertuarze Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Ta pierwsza to opowieść o Mordechaju, muzyku, któremu nie było dane nigdy opuścić ukochanego Krakowa. Tam żył i tam zginął. Opowieść druga, to refleksja o straconych marzeniach. Obie dziwnym trafem stały się spójne w spektaklu Błażeja Wójcika. Novecento niczym Gebirtig miał swoją małą ojczyznę  – statek Virginian. Tam tworzył i to miejsce najbardziej ukochał.  Choć czasami… chciał być gdzie indziej. Ciągle marzył, a w tym marzeniach odwiedzał najróżniejsze zakątki świata. Tym marzeniom zawsze towarzyszyło granie. To ono pozwalało mu przenosić  się daleko od statku. Marzeń i pragnień miał wiele. Był jednak świadom, że nie będzie w stanie ich zrealizować… a człowiek, który nie realizuje marzeń zatraca się w sobie. Zamyka się. Znalazł więc sposób, aby inaczej dojść do pełni szczęścia. I w swoim rozumieniu do niego dochodzi. Czy jest to jednak prawdzie szczęście? Czy my byśmy potrafili, albo chcieli w ten sposób postąpić? Czy szczęście, do którego dochodzi się po trupach jest tego warte? A może wielcy artyści muszą tak postępować, aby mieć wokół siebie bezpieczny świat, w którym spokojnie mogą tworzyć? Wójcik nie daje nam odpowiedzi na te pytania. On opowiada historię przyjaciela. Reszta jest w nas. W trakcie spektaklu… i jeszcze pewnie długo po jego zakończeniu. Jest w nas… albo tylko może w nas być. To nasz wybór. Ja powoli się uspokajam. Wyciszam. W gardle dalej mam kluchę i nie mogę przestać się nad tym wszystkim zastanawiać. Nad sobą w sobie. „Novecento” polecam wszystkim, którzy mają ochotę na rozmowę z samym sobą.

Autor | Daniel E. Groszewski
Zdjęcie |
Marcin Kondarewicz / Teatr Muzyczny Capitol