Nie takiego Obcego oczekiwałem, czyli piękne rozczarowanie krokiem w całkiem nowym, filozoficznym kierunku – pisze Patryk Wolny.

Piąta część Obcego stanowi zarazem prequel, poprzedzając wydarzenia znane z Ósmego pasażera, a także sequel, kontynuując historię, którą Ridley Scott nakreślił w Prometeuszu. Przymierze staje więc w swoistym rozkroku, pomiędzy podejściem filozoficznym, pytaniami o naturę i początki istnienia człowieka, a mroczniejsza stroną serii: pierwotnym dążeniu do przetrwania we wrogim otoczeniu.

Dwie dekady temu załoga Nostromo miała jeden, z góry wyznaczony cel: przeżyć. Niespodziewanie ich dom, dobrze znany statek, zmienił się we wrogie terytorium nieznanego kosmicznego organizmu. Spowite mrokiem, klaustrofobiczne korytarze stały się elementem, który na długo zapadał w pamięć. Klimat udzielał się nie tylko widzowi, ale także innym twórcom. Mijają lata, mamy rok 2017 i premierę Przymierza, w którym nie uświadczymy starego, dobrego ksenomorfa. W jego miejsce pojawiają się neomorph i protomorph, jednak w mojej ocenie to już nie jest film o nich, teraz te istoty doskonałe stanowią jedynie pretekst do snucia zupełnie innej opowieści.

Historia jest prosta: statek osadniczy, przemierzając niezbadane obszary kosmosu, niespodziewanie ulega awarii, wybudzając załogę ze snu. W trakcie naprawy elementów zewnętrznych Tennessee (Danny McBride) odbiera w swoim skafandrze tajemniczy sygnał z pobliskiej planety. Treść wiadomości stanowią słowa ziemskiej piosenki. Po krótkiej analizie sytuacji, kapitan Oram (Billy Crudup) podejmuje decyzję o zmianie kursu. Dalszy rozwój wydarzeń zdaje się oczywisty, jednak, czy aby na pewno?

Powyższe stanowi ogromne uproszczenie. Przymierze nie skupia się bowiem na przedstawieniu organizmu idealnego i jego ofiar w szaleńczej walce o życie. W piątej odsłonie Obcego głównym antagonistą jesteśmy my, ludzie, a dokładniej nasz twór, android David (Michael Fassbender) i ideologia, zgodnie z którą dąży on do pewnego rodzaju boskości, pragnąć stworzyć nowy (perfekcyjny) organizm – na wzór swojego ojca-architekta. Przeciwko niemu staje Walter (Michael Fassbender), ulepszona wersja Davida.

Podwójna rola Fassbendera to nie tylko znakomite aktorstwo, ale także ciekawy pretekst do przedstawienia filozofii, która kieruje Davidem, ukazania także przy tym słabych stron ludzi. I gdzieś w tle tej batalii majaczy Obcy. W każdej z poprzednich części androidy odgrywały znaczące role, jednak tym razem to film zdecydowanie o nich.

Zaraz obok znakomitej roli Fassbendera chciałbym nawiązać do postaci Tennessee, w którego wcielił się Danny McBride. W swojej roli sprawdził się dobrze – aktorsko, jednak jego występy w dziesiątkach komedii, w których przypadło mu kreować postaci komiczne wpływa na postrzeganie jego bohatera z Przymierza. Jego zachowanie, patrząc przez ten pryzmat, odebrać możemy w zły, przerysowany sposób. A to niestety nie pasuje do podniosłej atmosfery filmu.

Ostatnim elementem, który dopełnia całości, są doświadczenia audio-wizualne, kreujące naprawdę znakomitą atmosferę. W kinie siedzimy i podziwiamy, pod tym względem film urzeka. Jest piękne, a efekty dźwiękowe wbijają w fotel. I choć samo CGI nie sprawi, że Przymierze nagle stanie się filmem wybitnym, to jednak miło jest móc zanurzyć się w świecie i rozkoszować się.

Rozumiem głębię płynącą z Prometeusza, potrafię także dostrzec zapotrzebowanie na tego typu filmy sci-fi, jednak nie pojmuję, dlaczego Przymierze to kolejny Obcy, a nie właśnie Prometeusz. Jeszcze niedawno mieliśmy premierę filmu Life, w którym Jake Gyllenhaal stanął przed podobnymi problemami co Ripley podczas pobytu na Nostromo. Zaszczucie, morderczy organizm i klaustrofobiczny klimat. I będąc szczerym to film Daniela Espinosy znacznie bliższy jest moim oczekiwaniem niż najnowsze dzieło Scotta. Uniwersum po prostu się przeobraża, a zmiany wymagają poświęceń, pytanie tylko, czy ostatecznie wyjdzie to wszystkim na dobre.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina