Pierwsza Obecność ustawiła poprzeczkę bardzo wysoko. Film został doceniony przez krytyków jak i znalazł rzesze oddanych fanów. Kiedy zostały ogłoszone prace nad sequelem, wielu obawiało się, że kontynuacja nie sprosta tak wysokim oczekiwaniom. Niepotrzebnie.

Nową Obecność z całą pewnością można zaliczyć do filmów dobrych, a w kategorii horrorów nawet bardzo dobrych, z wyraźnym naciskiem na bardzo. Film już od pierwszych minut umiejętnie buduje stale rosnące napięcie. James Wan jednak nie stara się wynaleźć koła na nowo. Korzysta ze sprawdzonych metod straszenia, a tu twarz pojawi się nagle na ekranie, a tam znowu dźwięk sprawi, że panie mocniej przytulą swych partnerów. Można się bać, naprawdę w kilku momentach serce łomotało mi w klatce piersiowej, a ja z pełnym skupieniem wpatrywąłem się w ekran, oczekując niespodziewanego.

Sporą zasługę w budowaniu tego znakomitego klimatu mają zdjęcia, duże kadry, pozostawiające wiele miejsca na ewentualne miejsca, w których mogłaby się nagle pojawić zjawa, czy znów bliskie ujęcia, pokazujące wyraźnie zabawę emocjami. Wan bawi się także cieniem i światłem, a ich gra momentami przyprawia o dreszcze na karku. Obsada może i do światowych gwiazd nie należy, jednak aktorsko w filmie sprawdza się przyzwoicie. Widać dobrą rzemieślniczą robotę, a momentami nawet nieco więcej.

Na ekranie ponownie zobaczymy małżeństwo Warrenów, wyczuwającą duchy Lorraine (Vera Farmiga) oraz czarującego Eda (Patrick Wilson), który niczym dobry ojciec stara się wszystkimi opiekować i każdemu pomagać. Tym razem wybiorą się oni do północnego Londynu, gdzie na prośbę Kościoła zbadają sprawę nawiedzonego domu zamieszkanego przez samotną matkę wychowującą cztery pociechy. Choć początkowo ich zadanie polegać będzie jedynie na obserwowaniu i zdaniu rzetelnej relacji co do wiarygodności zjawisk paranormalnych, to ostatecznie sami zostaną wplątani w całą sprawę.

Na pochwałę zasługuje scenografia. Dom Hodgsonów, w którym dzieje się większość akcji, został przygotowany z należytą starannością. Dostrzeżemy w nim pełno ciekawych rekwizytów, a całość sprawi, że na te kilka chwil bez problemu cofniemy się w czasie i znajdziemy w Enfield w latach 70. XX wieku. Podczas seansu niemalże możne poczuć ten pierwotny strach bohaterów, potęgowany przez ich niewiedzę i ogromną wiarę.

Film jednak nie ustrzegł się kilku wad. Na pierwszy plan wybija się jego długość. Całość trwa aż 134 minuty, co u większości widzów może szybko wywołać znudzenie. James Wan sporą część filmu poświęcił na rozmowy bohaterów i właśnie powolne budowanie napięcia i klimatu. Nie spiesząc się przechodzi z jednej sceny do drugiej, jakby w obawie, że mógłby pominąć jakiś znaczący element. Jak już też wspomniałem, gra aktorska jest przyzwoita, jednak nie powala na kolana. Jednak czy są to aż tak znaczące potknięcia? Cóż, fan horrorów nawet ich nie dostrzeże.

Na sam koniec film raczy nas prawdziwym rarytasem. Podczas napisów końcowych nie dość, że możemy posłuchać autentycznego nagrania z lat 70., które zostało sporządzone w domu rodziny Hodgsonów, to jeszcze zostają zaprezentowane widzowi zdjęcia z tamtego okresu. W moim odczuciu dodaje to wiarygodności całemu filmowi, przez co Obecność 2 może być jeszcze bardziej niepokojąc.

Reasumując, James Wan w szczycie swojej formy tworzy malutkie arcydzieło. A po tak  znakomitej Obecności 2, pozostaje tylko w niecierpliwości oczekiwać jego kolejnych obrazów. Z czystym sercem można nazwać nowe dziecko Wana jednym z najlepszych horrorów ostatnich lat i zdecydowanie filmem wartym zobaczenia w kinie.

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina