Festiwal „Kartoteka Rozrzucona” poświęcony Tadeuszowi Różewiczowi i jego twórczości to czas, kiedy „teatr” można spotkać poza jego stałymi miejscami. Wśród wybitnych artystów, którzy przyjechali do Wrocławia znalazł się Leszek Mądzik – reżyser, scenograf, autor plakatów i grafik książkowych. Założyciel Sceny Plastycznej KUL-u.   

Leszek Mądzik przygotował skróconą wersję swojego spektaklu sprzed pięciu lat pod tytułem „Odchodzi”. Pokaz zaplanowano nad stawem w Parku Południowym. W miejscu, w którym Różewicz czuł się u siebie,  w którym można go było spotkać. W spektaklu nie pada ani jedno słowo, a opowieść przekazywana jest poprzez plastyczny obraz składający się z gry świateł, gestów aktorów oraz muzyki. Trwający około pół godziny pokaz rozpoczął się z opóźnieniem, co ze względu na chłodny jesienny wieczór mogło nie sprzyjać magii teatru. Jednak już pierwsze dźwięki skrzypiec przywoływały pewnego rodzaju nostalgię, która wciągała w historię o odchodzeniu. Różewicz w „Matka odchodzi” żegnał się z matką. W „Odchodzi” Mądzika można pożegnać każdego.  Odejść może każdy.

Nigdy tego nie robię, nie opisuję spektakli, które widziałam. Staram się zwykle wyjąć z nich najgłębsze emocje i sensy nie zdradzając fabuły. Tym razem jest inaczej, bo wiem, że wiele osób jest ciekawych, jak wyglądało przedstawienie Mądzika, a nie samych doznać emocjonalnych czy estetycznych. Przyznam, że byłam bardzo ciekawa, jak w przestrzeni Parku Południowego odnajdzie się ten uznany w świecie  artysta. Przyszłam na miejsce jako jedna z pierwszych widzów. Leszek Mądzik energicznie spacerował wśród scenografii rozstawionej przy brzegu stawu, doglądał wszystkiego, by w czasie spektaklu nie było żadnej skuchy. Emanował pewnego rodzaju siłą i skupieniem. Przypadkowo stałam  się świadkiem spotkania reżysera z być może dawną studentką. Witali się jak mistrz z uczennicą, Jak ojciec z córką.  Było w tym coś wzruszającego. Wspomnienie moich powitań z moim ojcem, który odszedł.

Pierwszym obrazem jaki zobaczyłam było światło odbijające się na wodzie, a w nim łódka. Na łódce człowiek grający na altówce. Kiedy dotarł do brzegu, zatrzymał się w jednym z przygotowanych drewnianych stanowisk, w których za moment mieli pojawić się aktorzy. Wydał mi się symbolem tego, który doświadczy straty. Tego, od którego za chwilę ktoś bliski „odejdzie”. Mądzik dostosował wspomniane klatki-stanowiska dla aktorów w taki sposób, by światło wydobywało zarówno ich postaci, jak i specjalne białe formy, które najprawdopodobniej połączone z aktorami sznurkami niczym marionetki  unosiły się z ziemi. To było ulotne wrażenie, gdy dopiero po chwili dostrzegłam tam twarze kobiet.  Każda inna, czarno-biała, odległa. Jak z porcelanowej fotografii na grobowcu. Po chwili w tym  bezsłownym spektaklu znów zamajaczyło wyraźniejsze światło i za portretami kobiet ukazali się ci, którzy je tracą. W snopie światła odbywało się kolejne żegnanie się z kimś, kto odchodzi, kto znika pozostawiając po sobie jedynie pustkę. Aktorzy opłakujący swoich odchodzących wypełniali żalem i smutkiem klaustrofobiczną przestrzeń małej obciągniętej niby czarnym kirem klatki a mnie było coraz bardziej smutno i zimno. Tym migoczącym obrazom towarzyszyła muzyka Pawła Odorowicza.  Przenikająca jak ostatnia usłyszana w życiu melodia.

Ostatnim obrazem zamykającym przedstawienie Mądzika było symboliczne zamykanie się aktorów w swoich stanowiskach. Własną siłą jakby zamykali na sobie wieko od trumny. Tak znikali w ciemności.

Zapewne każdy z obecnych podczas spektaklu w Parku Południowym wyszedł ze swoimi własnymi przemyśleniami i interpretacjami. Dla niektórych było to spotkanie z mistrzem Różewiczem, dla innych z Mądzikiem. Dla mnie możliwość zderzenia ich obu.

Autor | Sabina Misakiewicz