Będąc dzieckiem wierzyłam, że tata zawsze kocha mamę, ksiądz próbuje z nas zrobić lepszych ludzi, a Michael Jackson po prostu kocha dzieci. Z mojego dzieciństwa i z tych przekonań nie zostało już nic.

Ostatnio odnoszę wrażenie, że świat, w którym wzrastałam, był tylko fasadą rzeczywistości. Że wszystko to, w co wierzyłam, było dymną zasłoną dla niewygodnej prawdy. Ot weźmy sobie bohaterskość Polaków w czasie drugiej wojny światowej. Wychowana na „Czterech pancernych i psie” i innych propagandowych filmach PRL-owskich wierzyłam, że Polacy żadnym haniebnym uczynkiem się nigdy nie splamili. Szczęśliwie wątpiłam przynajmniej w Armię Czerwoną, bo w domu co jakiś czas szeptem wymieniano nazwę Katyń. Ale świat był prosty, podzielony na nas bohaterów i ich oprawców. Nikt nie wspominał o Żydach, którzy uciekli z transportu śmierci, a wieśniacy, zamiast im pomóc, odrąbywali im na żywca nogi, by zabrać cenne buty. Nikt nie mówił o pogromach i zamkniętych drzwiach do dymiącej stodoły. Tylko piosenki Jacka Kaczmarskiego przypominały o Żydzie, który został w płonącej synagodze. Prawda nie jest czarno – biała.

„Kler” Smarzowskiego i dokument Sekielskiego o pedofilii w Kościele mówią o czymś, o czym się nie mówiło: że nie ważne jak szczytny jest płaszczyk, to władza nad ludźmi degeneruje. A władca pozbawiony możliwości legalnego zaspokajania swoich popędów staje się potworem. Potworem czyniącym swe okropieństwa z nabożną pieśnią na ustach. Ale to dokument o Michaelu Jacksonie „Leaving Neverland” wprawił mnie w osłupienie, bo pokazał jak łatwo można zamydlić oczy całemu światu. Jackson był pedofilem, który dzięki swoim pieniądzom urządził sobie plac zabaw dla swych ofiar. Wielki, piękny, kosztowny i piekielnie kuszący plac zabaw. I on był kuszący. Największa gwiazda popu swoich czasów, człowiek – legenda, genialne dziecko skrzywdzone przez ojca, co było świetnym pretekstem do emanowania miłością wobec najmłodszych. Każdy mu wierzył. Gdy na sali rozpraw mówił łamiącym się głosem, że kocha dzieci i nigdy by ich nie skrzywdził, nie było takiego, kto by temu nie ufał. Winni byli ci źli rodzice, którzy chcieli wyciągnąć od niego pieniądze. On nie. On tylko tym dzieciom chciał dać trochę miłości, nieco wzajemnej masturbacji i seksu oralnego. Raz w roku wybierał sobie kolejnego chłopca, który stawał się nagle jego najlepszym przyjacielem. Kupował mu ubrania, pomagał, dawał kosztowne prezenty i przekonywał, że nie może nikomu zdradzić, co robią sam na sam w pokoju. Przekonał ich do tego tak dobrze, że jeszcze przez wiele lat po molestowaniu chłopcy bali się przyznać nawet sami przed sobą, czym była przyjaźń z królem popu. Przecież nikt by im nie uwierzył. Ba, nikt im nie wierzył. Jak musieli się czuć, gdy kolejne rozprawy sądowe to ich, ofiary pedofila, stawiały w złym świetle?

To nasuwa mi też na myśl głośną sprawę rozstania Weroniki Rosati z ojcem jej dziecka. W wywiadzie udzielonym Magdalenie Środzie aktorka opowiada o przemocy: werbalnej, fizycznej i ekonomicznej. Mówi o tym, że człowiek, którego kochała, poniżał ją, bił nawet gdy była w zaawansowanej ciąży, pozbawiał środków do życia. A ona była zbyt słaba, by mu się przeciwstawić. Chociaż miała nazwisko, rodziców, miała medialną twarz. Bo jak to, ma powiedzieć policjantom, że facet ją bije? Nikt jej nie uwierzy. Za swoją decyzję ujawnienia przemocy płaci ogromną cenę, bo zbyt wielu ludzi wciąż uważa, że takie sprawy, to załatwia sie w czterech ścianach. Nie. O takich sprawach trzeba mówić dużymi literami, inaczej zamiast walczyć z patologią, czymkolwiek się w danej chwili objawia, czy brutalnym nacjonalizmem, agresją, pedofilią, nadużywaniem władzy czy przemocą w rodzinie, tłumaczymy napastników i oskarżamy ofiary. To tak, jakby dostać mandat za to, że ktoś nam staranował auto, albo być ukaranym za to, że ktoś nas okradł. Zdaję sobie sprawę, że otwarte mówienie o pewnych małopopularnych kwestiach wymaga odwagi, która nie jest konieczna do życia w nieświadomości, ale wierzę, że odwaga to przełamywanie swoich słabości, swoich lęków i swojego lenistwa. Przełamujmy je.