Był tym, który miał odmienić grę wrocławskiej drużyny. Po odejściu do Kaiserslautern Roberta Picha, to właśnie w jego osobie pokładano największe nadzieje. Jacek Kiełb, którego anonsowano na jednego z liderów Trójkolorowych, wyrasta na jedną z największych transferowych pomyłek Śląska w ostatnich latach.

 

Wejście do drużyny Kiełb miał fantastyczne. Najpierw seria całkiem udanych występów w przedsezonowych sparingach, później dwie bramki w rewanżowym meczu I rundy Ligi Europy przeciwko NK Celje i były skrzydłowy Korony Kielce wskoczył na usta fanów futbolu we Wrocławiu. Zapomniano o Robercie Pichu, który po świetnym sezonie, za śmieszne 300 tysięcy euro trafił do Niemiec.

Równia pochyła

Później było już tylko gorzej. Słabe spotkania z IFK Göteborg, kiepska postawa w T-Mobile Ekstraklasie sprawiły, że „Ryba” bardzo rzadko rozgrywał całe mecze. Nawet jeżeli wychodził w podstawowej jedenastce, słabą dyspozycją fizyczną i kiepską formą zmuszał trenerów do zmian. W 30 rozegranych dla Śląska spotkaniach jedynie sześciokrotnie przebywał na boisku pełne 90 minut.

W miarę jak mijały kolejne tygodnie, w prasie i na trybunach coraz częściej słychać było słowa rozgoryczenia, jednak w związku z brakami kadrowymi Śląsk nie był w stanie kompletnie odstawić swojego skrzydłowego. Wobec tego sztab szkoleniowy starał się poszukać mu innego miejsca na boisku. Ustawiany był nie tylko jako skrzydłowy. Grał także jako ofensywny pomocnik, a w niektórych spotkaniach zajmował nawet pozycję najbliżej bramki rywali. Nie pomogło, a sam Kiełb stracił miejsce w składzie na rzecz młodego Kamila Dankowskiego i ściągniętych w przerwie Andrasa Gosztonyi oraz wypożyczonego z powrotem z Kaiserslautern Roberta Picha.

Ryba bez głowy

Droga do Ekstraklasowego Śląska zaczęła się przed Kiełbem zamykać w kwietniu. Najpierw, zamiast pojechać do Poznania na spotkanie z poznańskim Lechem, „Ryba” trafił do III-ligowych rezerw i we Wrocławiu zagrał 90 minut przeciwko Polonii Świdnica. Strzelił trzy bramki, chwytając wyciągniętą w jego kierunku brzytwę. Na spotkanie z Cracovią wrócił do meczowej osiemnastki, a po jego wejściu na boisko w 64. minucie Śląsk zdobył dwie bramki.

W nadziei na to, że zesłanie do rezerw podziałało motywująco na Kiełba, Mariusz Rumak postanowił postawić na niego od pierwszych minut w meczu w Kielcach, co było największym jak dotąd błędem szkoleniowca Śląska. W 25. minucie zawodnik obejrzał pierwszą żółtą kartkę, a już kilkadziesiąt sekund po rozpoczęciu drugiej połowy za atak łokciem sędzia Bartosz Frankowski drugi raz wyciągnął w jego stronę żółty kartonik usuwając go z boiska i niemalże przekreślając szanse wrocławian na jakże potrzebne 3 punkty.

Tym ostatnim spotkaniem, Kiełb potwierdził, że niebezpodstawnie przypięto do niego łatkę jeźdźca bez głowy. Na domiar złego, te najgorsze występy przydarzały mu się właśnie przeciwko Koronie, a na trybunach zaczęto szeptać, że Ryba sabotuje mecze ze swoją byłą drużyną aby pomóc im w utrzymaniu.

Zatopiony

Być może Kiełb jest ofiarą słabej dyspozycji całego zespołu, jednak trudno nie zauważyć, że to właśnie on był jedną z bardziej rozczarowujących postaci przez cały sezon. Cztery bramki i cztery asysty w 30 spotkaniach wszystkich rozgrywek w jakich występował Śląsk, to bardzo kiepski wynik jak na „zbawcę” wrocławskiej ofensywy.

Postawa „Ryby” w meczu z Koroną wyczerpała chyba resztki cierpliwości i już nic nie jest w stanie uratować pozycji skrzydłowego. Co prawda jego umowa obowiązuje do końca sezonu 2016/2017, jednak być może Śląsk będzie chciał pozbyć się Kiełba już po tym sezonie. Jeżeli nie, to obawiam się, że 28-latek będzie prawdopodobnie przykuty do ławki rezerwowych. Jak dla mnie, tak czy inaczej, pójdzie „na dno”.

Autor | Łukasz Burzyński