Rozczarowanie, kiedy okazuje się, że posiadająca potencjał historia człowieka niesłusznie skazanego na śmierć to tylko nieudolna przykrywka dla kiepskiego horroru, to jedyne na co można liczyć wybierając się na seans Ostatniej klątwy – pisze Patryk Wolny.

Chciałbym napisać, że reżyser Simon Rumley miał plan i zwyczajnie nie wyszło. Problem jednak w tym, że nie potrafię wskazać choćby jednego elementu, który zasługuje na pochwalę. Ot kolejny horror, jakich wiele. Nie dość, że niczym nie zaskakuje, to na dodatek momentami przynudza. Najgorszy wydaje się jednak zmarnowany potencjał. Historia przedstawiona w filmie inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami, a sama w sobie stanowi dobry materiał pod porządne kino.

Konserwatywny Texas, rok 1981. Tadea Benz, 76-letnia siostra zakonna została zaatakowana podczas snu w swoim pokoju. Napastnik zgwałcił ją, a następnie okaleczył i zamordował. Nieco z przypadku oskarżenie wskazuje opóźnionego umysłowo chłopaka, który pomagał w kościele. Oskarżony, Johnny Frank Garrett, zostaje skazany na karę śmierci. Wyprowadzany z sali rozpraw, krzykiem zapewnia o swej niewinności.

Za młodzieńcem wstawia się nawet Jan Paweł II, jednak wymiar sprawiedliwości nie zamierza odstępować od raz wydanego wyroku. Texas, 11 lutego 1992 roku: 28-letni Johnny Frank Garrett zostaje uśmiercony poprzez wstrzyknięcie trucizny. Przed śmiercią przeklina wszystkich, który przyczynili się do jego skazania, ich bliskich, rodziny. Wkrótce dziwnym zbiegiem okoliczności umierają pierwsze osoby powiązane ze sprawą zabójstwa siostry Benz.

Wszystko okraszone jest szczyptą demonicznej magii. Dziwne choroby, telewizor działający nawet gdy jest odłączony od prądu, czy klasyczne szaleństwo to tylko niektóre z objawów spełniającego się przekleństwa. Ostatnia klątwa powoli zbiera swoje żniwo, a Adam Redman (Mike Doyle), jeden z przysięgłych, staje przed niełatwym zadaniem udowodnienia niewinności Garretta. Stawką jest życie jego syna. Niestety historia przerosła możliwości twórców i efekt końcowy zamiast straszyć i trzymać w napięciu zwyczajnie nudzi, a na widza czeka jedynie rozczarowanie. Doyle nie sprawdza się przed kamerą, jego gra jest wyprana z wszelkich emocji, przypomina pustą skorupę, która stara się dotrzeć do końca idąc po wcześniej wskazanej ścieżce.

Skłaniam się ku stwierdzeniu, że historia ta dużo lepiej sprawdziłaby się w konwencji filmu dokumentalnego poruszającego uchylenia wymiaru sprawiedliwości, który ostatecznie skazał na śmierć niewinnego człowieka. Jednak taki obraz już powstał i, co dość ironiczne, był inspiracją dla twórców Ostatniej klątwy. Dlatego też wszystkich zainteresowanych sprawą Johnny’ego Franka Garretta zachęcam do obejrzenia The Last Word z 2008 roku, w reżyserii Jesse Quackenbush.

Ostatnia klątwa może zachęcić do głębszego poznania tej ciekawej historii, jednak na pewno nie zapewni rozrywki na przyzwoitym poziomie. Nawet biorąc pod uwagę całkiem przyzwoitą estetykę i ujęcia uważam, że film zalicza się do tej drugiej, nieco gorszej kategorii horrorów.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina

Festiwal Dramatu STREFY KONTAKTU