Ouija: Narodziny zła [RECENZJA]

Widzowie, którzy pamiętają Ouija z 2014 roku, mogą nie uwierzyć, że Narodziny zła to pełnoprawna kontynuacja. Cóż, ja nie wierzę, a wszystko dzięki znakomitemu występowi młodej Lulu Wilson.

Niemal można zwątpić w Hollywod, kiedy po pierwszej (słabej) części, tradycja nakazuje, by z kontynuacji zrobić zwykły skok na pieniądze, otrzymujemy tak dobry sequel, że aż trudno w to uwierzyć. Doprawdy, rok 2016 jest naprawdę udanym okresem dla wszystkich fanów horrorów. Nie dość, że otrzymaliśmy ich całkiem sporo, to jeszcze kilka trzyma naprawdę wysoki poziom.

Alice Zander (Elizabeth Reaser) po śmierci męża z trudem udaje się związać koniec z końcem. Jako domowa specjalistka od zmarłych oferuje swoje usługi przyzywając, duszyczki zbłąkanych umarlaków, by raz jeszcze umożliwić im rozmowę z pragnącymi kontaktu bliskimi. Wszystko to oczywiście zwyczajne mydlenie oczu i oszustwo, aż do momentu, kiedy do szeregu swych rekwizytów postanawia dołączyć tytułową planszę Ouija. Akcja nabiera tempa, kiedy Doris (Lulu Wilson), 9 letnia córka Alice postanawia się zaprzyjaźnić ze wspomnianą tablicą do przyzywania duchów. Choć w tym przypadku, to tablica przyzywa dziewczynkę. Uczą ją także posługiwania się płynną polszczyzną, którą Doris straszy swoją starszą siostrę Line (Annalise Basso). Brzmi zabawie, jednak jest naprawdę intrygująco – ah te słowiańskie akcenty w amerykańskich horrorach.

Element, który szczególnie przypadł mi do gustu to umiejscowienie akcji w domostwie rodem z lat 60 latach XX wieku. Twórcom udało się w przyzwoity sposób uchwycić klimat tamtych lat, a taki powrót do przeszłości, wyzbycie się flaków i rzezi może mieć swój urok. Podobnie jak z prozą Lovecrafta, niby nie obrzydza jak wiele obecnie wydawanych powieści grozy, jednak posiada swój wyjątkowy klimat. Samotnik z Providence był mistrzem w budowaniu napięcia i wewnętrznego przerażenia, obawy przed nieznanym.

Film swój wysoki poziom w dużej mierze zawdzięcza aktorskiemu popisowi młodej Lulu Wilson. Wcześniej grała w kilku produkcjach (Zbaw nas ode złego, Millerowie), jednak były to epizodyczne występy. Dobry występ zaliczyła także Basso w roli Pauline. W filmie zobaczymy także postać małego chłopca z filmu E.T, jednak Henry Thomas, aktor, który go zagrał, jest już dorosły i tym razem wciela się w Ojca Toma.

Brawa należą się też reżyserii. Mike Flanagan stanął na wysokości zadania i złożył całość w przyzwoity kawał filmu. Arcydziełem z pewnością Ouija nie jest, obraz wygląda, jakby nałożyć na niego jakiś postarzający filtr, historia do wybitnych także nie należy. Tym niemniej to ciągle jest horror, który wystarczy by zapewniał czystą rozrywkę, wcale nie musi stanowić uczty dla oczu i duszy.

Spodziewałem się, że film podzieli losy pierwszej części i spadnie do rynsztoku masowo produkowanych horrorów. Cieszy mnie, że tak się nie stało i że spokojnie można wybrać się na Ouija: Narodziny zła i nie żałować wydanych pieniędzy. Warto, bo jednak to ciekawa alternatywna dla zachwalanego Dr. Strange’a (nie żebym nie lubił Marvela). I co ważne, znajomość wydarzeń z prequela nie jest wymagana. Obie historie praktycznie się nią łączą, co stanowi kolejny plus.

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina