- REKLAMA -

Czym jest FURIA? Skąd bierze się w człowieku? W kobiecie, mężczyźnie. Jaka może być w naszym pięknym kraju, a jaka w tej innej, „zgniłej” części Europy? Na te i inne pytania odpowiada Grażyna Plebanek w dramacie „Pani Furia”, napisanym w ramach II Konkursu Dramaturgicznego Strefy Kontaktu. Jej tekst zyskał uznanie jurorów i w nagrodę doczekał się realizacji. Spektakl w reżyserii Krzysztofa Czeczota miał premierę 19 maja i pokazał zespół Wrocławskiego Teatru Współczesnego w bardzo dobrej formie. 

Według Czeczota „Pani Furii” zbudowana z braków. Każdemu bohaterowi czegoś brakuje. To braki definiują postaci i przez te braki się je czyta. Główna bohaterka Alia stara się wtopić w otoczenie, w którym przyszło jej żyć. Wyrwana jako dziecko z Kinszasy zapomina o tamtym miejscu i buduje siebie od nowa na obcej ziemi. Tutaj jest Cze-ko-la-dą. Tak przezywają ją białe dzieci. Brakiem, który ją konstruuje jest brak bezpieczeństwa, miłości. Nikt jej tego nie dał, nie nauczył. Jej świat zbudowany jest z cierpienia po odejściu Ediego, jej ojca , bajarza z Kinszasy; matki; pustki po staczającym się bracie i mężczyznach, którzy od niej odeszli. Ta historia posuwa się niespiesznie, dzięki czemu można się dokładnie przyjrzeć, jaką drogę przyszło pokonać Alii. Co przywiodło ją do miejsca, w którym ją żegnamy? Te wolne ujęcia przecinane są fleszami z medialnej papki serwowanej nam każdego dnia w TV, ale też integralnej części historii z życia Alii. Te flesze nadają tempa, rytmizują spektakl.

Z podobnego rodzaju papki ulepiona jest jeszcze jedna opowieść. Bowiem spektakl Czeczota oprócz napisanej przez Grażynę Plebanek opowieści o kongijskiej dziewczynie mieszkającej w Brukseli, zyskał dodatkowy wątek – polskiej dziewczyny z dużego miasta. Dopisana przez Jadwigę Juszkowicz historia Anielki też opiera się na brakach. Braku ojca, samodzielności w stanowieniu o sobie, braku miłości. Dziewczyna z Polski zdominowała niestety klarowny, uniwersalny obraz kobiety próbującej odnaleźć swoją tożsamość w obcym kraju stworzony przez Plebanek. O ile zespół aktorski uniósł się na wyżyny i znakomicie poradził sobie z budowaniem klimatu brukselsko-polskiej plątany wrażliwości, empatii, strachu, potrzeby miłości i przynależności, ciepła i bólu, zła i cierpienia, o tyle dysonans na poziomie literackim pomiędzy tekstem Plebanek i Juszkowicz całe przedsięwzięcie osłabił.

W przypadku „polskiej” części wypowiedź reżysera nie daje widzowi zbyt szerokiego spektrum mimo, iż naszpikowana jest ilustracjami do otaczającej nas rzeczywistości.  Anielka wychowywana przez matkę, wytresowana na osobę z frakcji katolicko-narodowościowej, przygotowywana na córkę, żonę, patriotkę, zwolenniczkę obecnego rządu. Mimo, iż nienawidzi matki i jej sposobu myślenia, nie umie z nim walczyć, poddając się jej upupieniu, staje się nie jej przeciwieństwem a kopią. Niezdolną do  zaakceptowania inności, zdająca się mowić: moja prawda jest najmojsza! Historia Anielki, dziewczyny z Wrocławia miała przybliżyć widzowi sytuacje z naszego podwórka. I zrobiła to. Jednak sposób doboru narzędzi jest nachalny. Dosłowność przekazu dała wrażenie oglądania całodobowego przekazu telewizyjnej stacji na bieżąco komentującej wydarzenia w kraju. Jakby oparta na „paskach z tefałenu”. Byli więc i faszyści z  organizacji wyprawiającej urodziny Hitlera w lesie, sięganie po patriotyczne hasła, wyśmiewanie feministek i czarnych marszy, ale też palenie kukły Żyda. Zgoda, wszystko to dzieje się blisko nas i nie może być społecznego przyzwolenia na tego typu postawy. Trop scenarzystki, jak i reżysera by mówić o różnicach, o ksenofobii, nietolerancji i rasizmie głośno i bez lęku jest zrozumiały. Jednak wrzucanie zbyt wielu grzybów do jednego barszczu nie uczyni go smaczniejszym. Wkrada się w ten wątek efekciarstwo. Jednocześnie nie mogę niczego złego zarzucić aktorkom i aktorom wypełniającym swoje zadania na wysokim poziomie. Bardzo dobrze wypadają obie bohaterki- Alija Dominiki Kimaty i Anielka Katarzyny Pilichowskiej. Wspaniale spisuje się grupa brukselskich policjantów, którą tworzą: Jolanta Solarz-Szwed, Michał Szwed, Krzysztof Zych, Tadeusz Ratuszniak, Przemysław Kozłowski. Znakomici są Elżbieta Golińska, Marek Tomaszewski, Maciej Kowalczyk i Marcin Łuczak. Najmniej wierzę Ediemu (w wykonaniu Wiesława Cichego) bajarzowi z Kinszasy.

Premierowy spektakl pokazał, że zespół stworzony przez Czeczota jest spójny, że działają razem, wspólną energią. Trzeba przyznać, że są w bardzo dobrej formie. Oby kilkumiesięczna przerwa w pracy WTW spowodowana remontem, tej formy ich nie pozbawiła.

Jak wyglądałaby Pani Furia z Brukseli bez Furii z Polski? Jak wyglądałaby opowieść o czarnoskórej dziewczynie poszukującej swojego miejsca? Tego już się nie dowiem.


Autorka: Sabina Misakiewicz
Zdjęcie: BTW photographers Maziarz/Rajter