„Paradoksalny Rozkład Sfery – Opera Matematyczna” w reżyserii Romana Kołakowskiego swoją premierę miał 18 października na scenie Impartu. Poza historią genialnych matematyków największym „wabikiem” tego wydarzenia było nazwisko – Seweryn. Andrzej Seweryn – pisze Sabina Misakiewicz.

Kiedy kilka dni przed premierą rozmawiałam z Romanem Kołakowskim o spektaklu, zapalały się we mnie kolejne lampki napisu „chcę to zobaczyć”. Byłam ciekawa, jaki pomysł ma reżyser na przedstawienie  historii o geniuszach ze Szkockiej. Muszę dodać, że opowiadał o nich z takim entuzjazmem, że nie mogłam się doczekać, żeby to zobaczyć. Tym bardziej fascynowało mnie, iż sięgnęłam po książkę „Genialni” Mariusza Urbanka, która również była przyczynkiem do napisania scenariusza przez Kołakowskiego. Moje płonne nadzieje rozwiał wiatr już po kilkunastu minutach od rozpoczęcia się spektaklu. Andrzej Seweryn, który miał być główną postacią, narratorem historii – Hugo Steinhausem, po wygłoszeniu kilkunastu linijek tekstu prężnym krokiem zszedł ze sceny i zniknął. Obejrzałam się jeszcze za nim, kiedy to wplątany w kotarę u drzwi opuszczał salę. Cały pierwszy akt zastanawiałam się czy do jego końca wróci. Nie wrócił. A co działo się na scenie? Otóż z żalem muszę przyznać, iż dramaturgicznie niewiele. Inscenizacje poszczególnych scen właściwie niczym się od siebie różniły. Aktorzy albo siedzieli na stanowiących scenografię białych kubikach z lewej strony sceny albo z prawej. Czasem stali po środku. Swoje kwestie wyśpiewywali z różnym skutkiem, ale to raczej wina warstwy tekstowej niż ich talentu wokalnego. Za sprawą nagłośnienia zrozumienie wszystkich wyśpiewanych słów było nie lada wyzwaniem. Za to świetnie słychać było osoby, które powinny mieć już wyłączone mikroporty, gdyż zeszły w kulisy. Po każdej scenie następował blackout i w jego czasie aktorzy zmieniali swoje położenie. Za ich plecami przez cały czas wyświetlany był film, ukazujący chyba, co powinno dziać się na deskach. Sceny nagrane były w plenerach lub w mieszkaniach poszczególnych bohaterów. Był to ciekawy zabieg, aczkolwiek na dłuższą metą nużący. Obawiam się, że gdyby nie głośna muzyka, połowa publiki spałaby snem sprawiedliwego. W te wszystkie wydarzenia włączał się jeszcze co jakiś czas zespół taneczny w ludowych ukraińskich strojach, baletnica, oraz trupa cyrkowa wykonująca przedziwne układy, które były absolutnie nieadekwatne do i tak pozostawiającej sporo do życzenia dramaturgii.

Akt drugi był zdecydowanie lepszy i w formie i przekazie. Tu dało się zrozumieć jakąś treść. Moc miały prawie wszystkie piosenki tego przedziwnego koncertu, bo mówić „Opera”, to byłoby nadużycie. Zwłaszcza rola, zrobiona od początku do końca, emocjonalnie, prawdziwie zagrana postać Kateryny Zaryckiej. W tym spektaklu to Natalia Maczyta, odtwórczyni Zaryckiej była najbardziej wyrazista. Jej o coś chodziło, ona miała więcej do powiedzenia niż tylko słowa libretta. Szczególnie więc podkreślam tę postać, bo to jej charyzma utrzymała mnie w napięciu przez drugi akt. Ciekawie też zaistniał w swojej piosence aktorskiej naśladując Hitlera Klaudiusz Kaufmann, oraz Isoroku Yamamoto jako Hiroaki Murakami czy Wojciech Machnicki jako Lenin. Niestety nie udało się stworzyć wyrazistych ról pozostałym aktorom, choć byli kluczowymi postaciami. Ze smutkiem stwierdzam, że są niewyraźni i po nich nie zostało mi wiele w pamięci. Co nie do końca jest ich winą oczywiście. A powodów jest kilka. Choćby  wielowątkowy tekst, o dość naukowym języku, którego zrozumienie wymaga od odbiorcy nie lada skupienia. Sążniste „monologi”, pełne definicji, przeskoków myślowych i odwołań do historii i polityki. Cała opowieść o genialnych matematykach umyka. Mimo, iż Damian Łukawski (sceniczny Stefan Banach) dokonał ogromnej pracy, by jego postać – główna postać spektaklu, w sposób spójny i ciekawy przeprowadziła widzów przez ten długi wieczór wspomnień. Drugi akt zakończył się klamrą podsumowującą historię Banacha i jego przyjaciół. Dokonał tego podsumowania nikt inny, jak Andrzej Seweryn. Znów wygłosił kilka linijek mądrych słów, tym razem podpierając się laską, gdyż tu Steinhaus był już starcem. Potem nastąpił wielki wybuch i na scenie ukazała się dziewczyna w góralskim stroju przepięknie śpiewając kołysankę… niestety jakby już z innej bajki.

Szczerze przyznam, że jestem ogromnie zawiedziona. Absolutnie nie rozumiem promowania „Opery matematycznej” nazwiskiem Andrzeja Seweryna, który pojawił się na 10 minut jako, przepraszam, konferansjer. Po wydarzeniu realizowanym za niemałe pieniądze z funduszy Europejskiej Stolicy Kultury oczekiwałam czegoś więcej.

Autor | Sabina Misakiewicz

18.10.2016