Patryk Sypień: Zawsze celuję w złoto. Gdzie bym nie jechał

Z Patrykiem Sypień, zawodnikiem Wrocławskiego Klubu Karate Kyokushin – A. i S. Sypień, złotym medalistą mistrzostw Europy kumite, rozmawiamy o niedawnych sukcesach i planach na przyszłość.

*

Mistrzostwa Europy, walka finałowa. Naprzeciwko Ciebie stanął Damian Galiński, Twój klubowy kolega. Jak się wtedy czułeś?

PATRYK SYPIEŃ: – Nie pierwszy raz z nim walczyłem. W finale spotkaliśmy się już trzeci albo czwarty raz.

Ale nie na mistrzostwach Europy.

– No tak, różniło się to tym, że chęć wygrania była jeszcze większa, tak samo z mojej jak i jego strony, bo jednak było o co powalczyć. Zwłaszcza, że Damian wygrał po drodze z mistrzem świata i z pewnością dużo lepiej się już czuł z tym wszystkim.

Ale wygrałeś. Teraz czekasz na stypendium. Miasto jakoś wspiera Twoją karierę?

– Powiedzmy, że wspiera. Ciężko to tak nazwać, te stypendia są marne. Teraz dostaję 300 zł miesięcznie, co nie wystarcza nawet na odżywki. Ale i tak zawsze lepiej mieć niż nie mieć. Teraz, gdy jestem mistrzem Europy powinno być trochę lepiej, może na uczelni także uda się wywalczyć jakieś stypendium.

Później był Puchar Polski, jechałeś chyba jako zdecydowany faworyt, pewnie nie pierwszy raz?

– No tak, zresztą Damian tak samo. Fajnie się złożyło, bo tym razem nie startowaliśmy w tej samej kategorii. Było tak, że ważyłem 92 kg, a niższa kategoria wagowa zamykała się do 90 kg. Pomyślałem, że w sumie, po mistrzostwach Europy, jestem poobijany i nie chce mi się znowu z Damianem bić, więc zrzuciłem dwa kilogramy i oboje wygraliśmy.

Z Pucharu Polski przywieźliście cztery medale, zdecydowanie mniej niż drugi wrocławski klub.

– Wynikało to z tego, że klub imienia Oyamy wystawił wielu młodzieżowców. Od nas pojechało sześć osób i tylko dwie wróciły bez medalu, co jest dobrym wynikiem.

Jakie plany na nadchodzący rok?

– Teraz tak naprawdę zaczynamy w marcu od Mistrzostw Dolnego Śląska, to tak powiedzmy na rozgrzewkę, rozkręcenie się i w maju pierwsza poważna impreza – Mistrzostwa Europy w Berlinie.

sypień2

Bardzo szybko kolejne.

– Tak, tylko że tym razem będą to wagowe mistrzostwa Europy, czyli każdy startuje w swoim limicie wagowym. Te na których zdobyłem złoto, były mistrzostwami open, bez podziału na kategorie. Dwa lata temu na wagowych byłem trzeci, rok temu czwarty.

To teraz chyba celujesz w kolejne złoto.

– Zawsze celuję w złoto. Gdzie bym nie jechał, zawsze cel jest jeden. No ale faktycznie mam nadzieję, że w tym roku powiedzie się lepiej.

Pod koniec roku główny smaczek.

– No tak, w listopadzie Mistrzostwa Świata w Tokio.

Cel to także pierwsze miejsce?

– Powiem tak, na mistrzostwach świata pierwsze miejsce to naprawdę duży wyczyn. W 2011 roku startowało około 250 zawodników w jednej kategorii. Trzydniowe zawody. Tak naprawdę dla nas to są takie igrzyska olimpijskie. Oczywiście zakładam żeby zajść jak najdalej, ale wiem, że nie będzie to łatwe. Jak na razie rekordem Polaków jest miejsce w najlepszej szesnastce. Chciałbym ten sukces oczywiście powtórzyć, a może nawet poprawić. W karate jest trochę inaczej niż w innych dyscyplinach, bowiem na podium staje tak jakby ośmiu zawodników. To są już osoby wyróżnione, o których się później dużo mówi, a bycie w tej ósemce to jest coś do czego chciałbym dążyć.

Na mistrzostwach Europy jednak Damian Galiński wygrał z mistrzem świata, a później Ty wygrałeś z nim. Apetyty chyba są spore.

– Oczywiście, wszystko jest do zrobienia. Dużo treningu, wiele startów w zawodach, ponieważ ja wychodzę z założenia, że każdy start daje kolejną dawkę doświadczenia i im ich więcej, tym później lepiej się czuję. Mam nadzieję, że będzie dobrze i uda się założony cel osiągnąć.

Ile osób z Wrocławia może znaleźć się w kadrze?

– Na te zawody? Myślę, że tylko ja i Damian. W ogóle z Polski prawdopodobnie będzie, oprócz nas, może ze 2-3 zawodników. Pierwsza ósemka zawodników z mistrzostw Europy dostawała kwalifikację. Znaleźliśmy się w niej my dwaj i Daniel Bukowy ze Świdnicy. My w trójkę na pewno będziemy startować, ponieważ dzięki zdobytej kwalifikacji, wszystko opłacają nam Japończycy. Ciężko powiedzieć czy ktoś jeszcze zdecyduje się pojechać na własny koszt.

Czyli występ tak naprawdę w dużej części zależy od tego czy ma się pieniądze czy nie.

– I tak i nie. Japończycy każdą kandydaturę muszą rozważyć. To nie jest tak, że jak masz pieniądze, to pakujesz się i lecisz. Musisz wcześniej mieć jakieś wyniki, które będą świadczyły, że się nadajesz.

Państwo nie pomaga, nawet jeżeli ktoś ma wyniki, ale nie jest w stanie wyłożyć kilku/kilkunastu tysięcy na wyjazd?

– Akurat teraz trochę się to zmienia. Te mistrzostwa akurat będą dofinansowane przez Polski Związek Karate. Dzięki temu liczę też na to, że będziemy mogli polecieć do Japonii około tygodnia wcześniej. Japończycy opłacają nam bodajże cztery noclegi, ale wychodzę z założenia, że tam trzeba pojechać przynajmniej kilka dni wcześniej żeby się zaaklimatyzować. Wiadomo, różnica czasu i inny klimat. Po pierwszych 3-4 dniach jest najgorszy okres, człowieka łapie zmęczenie. Tak się stało, kiedy ostatnio byłem w Japonii. Było dobrze, a w dzień zawodów ogarnęła mnie senność, dlatego stwierdziłem, że teraz trzeba pojechać wcześniej. Nawet jeżeli nie uda się dostać dofinansowania ze związku, to prawdopodobnie pojadę wcześniej na własny koszt, bo jak się chce coś osiągać to trzeba jednak postawić na profesjonalizm.

sypień4

Jak już mówimy o profesjonalizmie. W 2011 roku po mistrzostwach świata, mówiłeś, że sędziowanie było sprawiedliwe i na wysokim poziomie. Nie zawsze tak jest?

– W Japonii, w innych krajach rzadziej. Z czasem jednak zaczęło się to zmieniać. Kiedyś było tak, że z góry było powiedziane, że Japończyk musi wygrać. Pamiętam jak byłem na mistrzostwach w 2007 roku, wtedy jeszcze nie startowałem tylko oglądałem, puścili finał sprzed czterech lat. Rosjanin walczył z Japończykiem i całą walkę przeważał. A sędziowie? Wszyscy zgodnie przyznali zwycięstwo zawodnikowi gospodarzy. Cała sala, oglądając ten film, zaczęła gwizdać i buczeć. W 2011 roku było już inaczej, widać było, że ich podejście się zmieniło. W bardzo wyrównanej walce faworyta Japończyków, mistrza świata, z jakimś zawodnikiem z Europy, sędziowie ogłosili dogrywkę, czym bardzo pozytywnie wszystkich zaskoczyli, bowiem publiczność spodziewała się, że znowu przepchną dalej Japończyka.

Co było powodem takiej zmiany?

– Myślę, że największy wpływ miała publiczność, której nie podobało się stronnicze sędziowanie.

Wychowywałeś się w rodzinie karateków. Twoja mama jest znaną karateczką, tato także był mistrzem Europy w kategorii open. Czy można powiedzieć, że byłeś „skazany” na karate?

– Można tak powiedzieć. Tak naprawdę początki nie były łatwe. Rodzice prowadzali mnie na karate, ja się w pewnym momencie zacząłem buntować, że nie chcę na karate, bo koledzy trenują co innego. W międzyczasie trochę trenowałem koszykówkę, w szkole chodziłem na SKS-y z siatkówki, byłem na kilku treningach piłki nożnej. Koniec końców skończyłem jednak na karate.

Geny wygrały.

– Dokładnie. Zostałem przy karate i po pewnym czasie zacząłem dostrzegać, że dobrze się stało, że moi rodzice mnie przy tym trzymali. Teraz jestem bardzo zadowolony, że robię to co robię. Gdyby nie rodzice, być może chodziłbym na piłkę i pewnie nic by z tego nie wynikło. Tam już trzeba być wybitnym, aby przebić się przez ogromne ilości trenujących osób.

Sztuki walki, zwłaszcza te dalekowschodnie mają to do siebie, że dużą wagę przywiązuje się do tradycji. Dla wielu zawodników jest to nie tylko sport, tylko droga życia, wprowadzanie pewnych wynikających z jej filozofii elementów do życia codziennego. Jak jest z Tobą?

– Obecnie grupa w której ćwiczę jest całkowicie usportowiona i nastawiona na starty w zawodach. Nie zapominam jednak o szacunku do trenera, osób z wyższymi stopniami, sposobie przeprowadzania zbiórek i tak dalej. Mamy swoją przysięgę, której przestrzegam i zawsze staram się kroczyć drogą zasad w niej zapisanych. Dzięki temu wszystkiemu karate wyróżnia się na tle innych sportów walki, jest różne na przykład od boksu czy kickboxingu. Zarówno my, dorośli, którzy trenujemy dłużej, jak i dzieci czy osoby bardzo początkujące, uczymy się nie tylko jak kogoś uderzyć i zrobić mu krzywdę, bo tak wiele osób postrzega sporty walki, ale uczymy się także szacunku dla drugiej osoby i dyscypliny. Podobnie jest z muay-thai, tam także mają elementy ściśle związane z ich kulturą, tradycją.

Rozmawiał | Łukasz Burzyński
Zdjęcia | arch. zawodnika

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNIE PRZEGAP #8
Następny artykułDzielnice Wrocławia 8/2015
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.