Patryk Wolny: (Nie) gwałćmy Biedronki

Po dziś dzień zdarza się, że ludzie postępują niemal jak zwierzęta, jakby dopiero co wybiegli z lasu, głodni, zdziczali, żądni kiełbasy i majonezu. Niemal gotowi grabić i plądrować – zresztą wszystko zgodnie ze starą tradycją.

Wielkimi krokami zbliża się długi weekend, a wraz z nim czwartek ustawowo wolny od pracy, który, pomimo że przynosi wiele dobrego, potrafi także namieszać. Wszystko za sprawą pozamykanych sklepów i szału zakupowego, który temu nieodłącznie towarzyszy.

– Jakby pierwszy raz żarcie na oczy widzieli. – Usłyszałem przypadkiem czwartego maja, mijając dwie dziewczyny wracające z Biedronki, do której właśnie zmierzałem. Szczerze, spodziewałem się, że zapewne sporo ludzi wybierze się na zakupy, celem uzupełnienia swoich zapasów po niepracującej niedzieli, jednak to, co ujrzałem po wejściu do środka przywodziło na myśl swoisty koniec świata. Amerykańskie filmy w podobny sposób ilustrują zbliżający się dzień zagłady.

Rozumiem, że majówka, że dwa dni ustawowo wolne od pracy i nie można w taką niedzielę podejść do marketu zrobić zakupów. Jednak to zaledwie dwa dni. Osiedlowa Biedronka, do której udałem się w poniedziałek, przeżywała prawdziwe oblężenie. Mimo że działały wszystkie kasy, kolejki wiły się po całym sklepie, sięgając jego najdalszych zakamarków. Niektórzy ludzie niemal walczyli o ostatnie egzemplarze pasztetu, czy innego makaronu. Wiele półek świeciło pustkami, nie było już wolnych pracowników, którzy mogliby rozłożyć towar, lub jak w przypadku pieczywa (po które sam się wybrałem) nie było już czego wykładać. Trudno, skończyło się, wróć pan jutro.

Podobna sytuacja zresztą miała miejsce w czwartek, ostatni dzień kwietnia, kiedy markety oblegały tabuny ludzi robiących ogromne zakupy, jakby co najmniej przez najbliższy tydzień mieli zostać odcięci od dostępu do żywności wszelakiej. Do koszyków klientów trafiały nie pojedyncze egzemplarze, a całe zgrzewki poszczególnych produktów. Dużo ludzi nie szanuje jedzenia, kupujemy na zapas często ilości, których nie jesteśmy w stanie przejeść. Dni wolne tak na nas działają, sporo osób wewnętrznie się boi.

Pokuszę się o stwierdzenie, że to już urasta do miana choroby społecznej. Przechodzi taki moment, kiedy naglę uświadamiamy sobie, że nasz ukochany sklep będzie nieczynny – choćby przez jeden dzień – wtedy nasze poczucie spokoju i bezpieczeństwa staje się zagrożone. Ruszamy więc do sklepów i często ślepo kalkulując kupujemy.

W Internecie można znaleźć artykuły, czy filmy prezentujące tak zwane: problemy pierwszego świata. Mówią o nich często ludzie zamieszkujący kraje biedne, gdzie woda, pożywienie, czy dach nad głową to priorytety dnia codziennego. I podczas gdy oni walczą o ostatnią kroplę, my zmagamy się z zamkniętymi sklepami. A problem to przecież niezmiernie ważny, bo jak już wspomniałem w tym tygodniu czeka nas wolny czwartek, który w łatwy sposób można zmienić w długi weekend. Dlatego też z tej okazji, jak i każdej kolejnej, bo w całym roku trafia nam się ich kilka, zapraszam na wspólne grabieże i polowania. Bo przecież, co jeśli zabraknie piwa podczas grillowania, lub przyjedzie rodzina z dziećmi, które jak szarańcza napadną na naszą lodówkę? No chyba nikt nie chciałby się znaleźć w tak niekomfortowej sytuacji, dlatego raz jeszcze przypominam: pamiętajmy, aby zawczasu wykupić połowę sklepu, a oszczędzi nam to nerwów i nieprzyjemności.

„Czy istniała kiedy kasta, która sobie rzekła: Basta?” Niech te słowa Stanisława J. Leca posłużą jako podsumowanie naszych poczynań.

Autor | Patryk Wolny

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułDzielnice Wrocławia 38/2015
Następny artykułRadosław Sikora: Sennym krokiem do Europy
Pisze, ponieważ uważa, że tak właśnie należy. Wielbiciel dobrego kina, ale i mocnego reportażu, gdzieś w głębi wierzy, że styl nowego dziennikarstwa przebije się kiedyś do głównego nurtu.