Patryk Wolny: nie widziałem, lecz gorzej być nie może

Dziś widzieliśmy już wszystko, zanim się to jeszcze ukazało, a Internet zrobił z nas znawców każdej dziedziny życia. Cóż, szkoda jedynie, że za tak wielka wiedzę musieliśmy zapłacić dozą trzeźwego osądu i kultury. Innymi słowy dlaczego nie toleruje się odgrzanych kotletów na ekranach kin.

Pamiętam czasy, kiedy za gówniarza rodzice pozwalali mi wypożyczać filmy na kasetach VHS. Potrafiłem spędzić godziny w małej wypożyczalni, przeglądając półkę zarówno z nowościami, jak i klasykami. Film stanowiły magiczną bramę w nieznane. Wszystkie te podróże przez lata nakreślały mnie jako widza. Oczywiście z czasem dorosłem, a era magnetowidów pożerających wysłużone, poczciwe kasety przeminęła, nastał czas płyt DVD i nowej jakości domowego kina, lecz miłość i szacunek do kina pozostały.

I pomimo że obecnie DVD jakoś się jeszcze utrzymuje przy życiu, to czas wypożyczalni przeminął już bezpowrotnie. Straciły one swoją rację bytu wyparte przez torrenty, czy, w najlepszym wypadku, usługi VOD. Zmiana o tyle znacząca, że niegdysiejsze pogaduchy o filmie z pracownikiem wypożyczalni prysły niczym miły sen. Zastąpił je Internet i fora pełne nienawiści kierowanej w stronę innych użytkowników lub samych twórców i ich dzieł. Natomiast lwia część historii jest rzucana przez producenta ot tak, niczym ochłap mięsa, żeby budować zainteresowanie, rozkręcać machinę marketingową i to jeszcze na długo przed premierą. W skutek czego cała magia zaskoczenia gdzieś ulatuje. Niewiele jest nowości, które nie sprzedają się w całości już na zwiastunie, w dodatku niemożliwym wydaje się całkowite odcięcie od świata i informacji dotycząch nadchodących filmów.

Idąc dalej tym tropem dochodzimy do momentu, w którym widz świetnie wie jaki film zamierza obejrzeć. Decyduje się na niego, inwestuje swój czas a może nawet pieniądze i ogląda. Sam świadomie wybiera pozycje, którym poświęci swoją uwagę. Dlaczego więc wszelakie kontynuacje serii sprzed lat są tak przez wielu nienawidzone? Otóż nie potrafię znaleźć odpowiedzi na to pytanie, a przynajmniej logicznej i dojrzałej. Ponieważ bełkot o powielaniu pomysłów, braku świeżości w kinie, czy choćby bezczeszczeniu legendy jakiejś serii do mnie zwyczajnie nie przemawia. Bądźmy szczerzy, nikt nie każde nam oglądać odgrzanego kotleta, do kin wchodzi wystarczająco dużo innych produkcji by spokojnie móc zainteresować się czymś innym. Natomiast narzekanie na brak oryginalności to już prawdziwa komedia. Z prostego powodu: otóż oprócz głównego (amerykańskiego) nurtu w współczesnej kinematografii mamy choćby produkcje europejskie, azjatyckie czy kino niezależne, które nie tylko potrafi bardzo pozytywnie zaskoczyć, ale także zaserwować przyzwoity powiew świeżości.

Lubię powracać do klasyków kina, eksperymentować z nowościami i poznawać inne punkty widzenia. Dlatego powołując się choćby na Siedmiu wspaniałych czy Blair Witch jestem zadowolony, że takie filmy powstają i nie potrafię zrozumieć całego tego narzekania. Nawet w przypadkach odświeżania stosunkowo nowych produkcji jak dla przykładu amerykańska wersja tajlandzkiego thrillera Shutter, która powstała zaledwie cztery lata po nakręceniu pierwowzoru. Co w tym złego, że (nie pierwszy raz) dobry azjatycki film przekładany jest na amerykańskie realia?

Internet i dostępność wszystkiego na wczoraj zmienił nie tylko to jak postrzegamy świat, ale także to jak świat na nas wpływa. Gnijemy od środka przez błędne przeświadczenie, że wszystko powinno kręcić się wokół nas. Jak inaczej nazwać narzekanie na film, którego się jeszcze nie widziało, a może to po prostu ból, że coś może się komuś spodobać…

Autor | Patryk Wolny