Patryk Wolny: O pikaniu i nie tylko

Obecnie nie dbają już chyba o nikogo, to już nie tylko wykorzystywanie pracowników, ale także coraz mniejsza troska o klienta. Wymyślają coraz nowe promocje, by zachęcić nas do zakupów, a jednocześnie upychając nas w kilometrowe kolejki, w których już nikt się z nami nie liczy.

Jeszcze w ubiegłym roku można było przeczytać o słabnącej pozycji hipermarketów na polskim (i nie tylko) rynku. Tajemnicą nie jest, że coraz więcej ludzi zaczyna przykładać mniejszą wagę do ceny produktu, kierując się jakością, czy po prostu oszczędnością własnego czasu, którego nijak nie można pozyskać więcej. Dlatego łatwiej podejść do, swego czasu zepchniętych na bok, sklepów osiedlowych, które zazwyczaj mamy tuż pod nosem, niż poświęcać dziesiątki minut na wyprawę do wielkiego marketu, często jedynie po chleb czy mleko.

Jednak czas jaki spędzamy na zakupach buszując pomiędzy dziesiątkami alejek po brzegi wypchanych towarem to tylko jedna strona medalu, druga to kwestia samej obsługi. Bez problemu udamy się do dobrze nam znanego miejsca w sklepie, zabierzemy produkt, po który się zjawiliśmy i szybko skierujemy się do kas. I tutaj właśnie skończy się nasz wpływ na to, ile tego czasu poświęcimy zakupom. Często stojąc w kolejce, czekając, spędzimy nawet kilkadziesiąt minut, a zdarza się, że i więcej, o czym wspominałem w swoim poprzednim tekście.

Oczywiście zarząd sieci wielkich sklepów zdaje sobie z tego dobrze sprawę, dlatego też coraz częściej można spotkać się z kasami samoobsługowymi, czy rzucaniem naszym jedzeniem i innymi zakupionymi produktami podczas kasowania, jak to miało miejsce podczas moich ostatnich zakupów.

Ciężko się nie oburzyć, kiedy pracownik siedzący na kasie powinien zeskanować co najmniej dwadzieścia jeden produktów na minutę, by móc zapracować na odrobinę wyższą stawkę. Przy takich wymaganiach nie ma czasu na zabawę, sam często mam problemy by nadążyć z pakowaniem, ponieważ kolejne zakupy napierają w zaskakującym tempie. I zanim się człowiek zorientuje, już musi robić miejsce dla kolejnego klienta, spychając co swoje gdzieś na bok, celem dokończenia pakunku. Pewnie, że można zrobić to wolniej, poczekać z płatnością, jednak osobiście staram się szanować zarówno swój czas, jak i pozostałych kupujących.

Nietrudno się domyślić, że pracownicy, których liczba skasowanych produktów na minutę jest niezadowalająca zostają o tym poinformowani w formie wypowiedzenia świadczonych usług. Celowo nie piszę tutaj o umowie, bo większość takich osób wiąże zaledwie „umowa” cywilno-prawna i to przeważnie z agencją pośredniczącą z ramienia której są oddelegowywani do pracy na tej, czy tamtej kasie.

O swojej pracy opowiedziała mi pani Agnieszka, która to właśnie miała okazję porzucać moim towarem, by później zgodzić się na krótką rozmowę. Wspomina swoje pierwsze dni w różnych sklepach, bo zawsze zaliczyć należy obowiązkowe szkolenie, nawet gdy ma się już kilkuletni staż. Podczas nauki stoi się koło jednego z kasjerów, który wykonuje po prostu swoją pracę, nierzadko prawie nas nie zauważając. Trwa to od kilku godzin do maksymalnie całego dnia pracy. Nikt tutaj nie wspomni ani słowa o podejściu do klientów, czy sposobach na utrzymanie wysokiej produktywności. Jeśli czegoś się nowy sam nie dopyta, później ma ciężko.

Jest też kwestia przerwy w pracy, której przysługuje piętnaście minut, jednak często robi się z nich pięć, lub jeszcze mniej. Muszą cię przecież odwołać ze stanowiska, a wtedy szybkim truchtem przez pół sklepu, bo jeszcze trzeba przecież wrócić, nim skończy się przerwa. Z upływem godzin narasta zmęczenie, z czasem wszystko wygląda jak jedna wielka monotonia, słuchanie tego dźwięku, sygnalizującego skasowany produkt. Pikanie wielu śni się po nocach, to istny horror. Ty nic innego nie robisz – mówi – tylko pikasz całe osiem godzin, a klienci przechodzą i odchodzą, nieraz z uśmiecham, a innym razem z wyzwiskami i żalem do całego świata.

Sytuacja nie jest wcale nowa i ciężko znaleźć tutaj złoty środek na jej rozwiązanie. Mógłbym oczywiście zachęcać do zakupów w małych sklepach, w których często spotkamy się z dużo lepszą obsługą, jednak wtedy ucierpią ci wszyscy, którzy jednak znajdują pracę w takich marketach. Bo ufam, że niejeden pan w garniturze już zweryfikował, że da się kasować jeszcze szybciej, a klientów i tak się udobrucha promocją na serek wiejski, czy ketchup. Wierzę także w to, że niewiele w tej kwestii będą mieli do powiedzenia sami pracownicy. Tak więc, czy ten tekst jest bezsensu, bo niczego nie można uczynić? Otóż można inaczej podchodzić do pracy pracowników wielkich korporacji. Wielokrotnie to właśnie na nich spada gniew klientów, za to że kolejka za długa, cena nie taka, czy po prostu bo zupa była za słona.

Pani Agnieszka nie uważa tego co robi za złe, czy niegodne, bo przecież żadna praca nie hańbi. Często jednak, jak to w większości zawodów bywa, jeśli czegoś się nie robiło, nie poczuło na własnej skórze, to ciężko zrozumieć, jak to jest znaleźć się po tej drugiej stronie.

Autor | Patryk Wolny