Podróżowaliśmy w pierwszej klasie, w której, jak sugerowała informacja na ścianie wagonu obowiązywały bilety klasy drugiej, co w naszym przypadku oznaczało brak jakiegokolwiek biletu. Nie to żebyśmy go nie kupili, po prostu nie znalazł się nikt na tyle odważny by nam go sprzedać…

W wielkim mieście jakoś tak to bywa, że zawsze się wszyscy gdzieś spieszą i to wcale nie tak, że Wrocław aż taki wielki, a my tacy zabiegani. Po prostu tak się dzieje, złośliwość rzeczy martwych, czy też żywych, jak kto woli. Na pociąg się nie spóźniliśmy, choć jak się wkrótce miało okazać, byliśmy całkiem blisko, mimo że przybyliśmy o całe dwadzieścia minut przed odjazdem! Nie, to nie tak, że nagle pociągi w naszym kraju przestały się spóźniać, a zaczęły, wręcz nadgorliwie, opuszczać stacje przed czasem, choć z punktualnością jest już coraz lepiej.

Może zanim jeszcze o samym pociągu, wspomnę co nieco o stacji, która czwartkowe popołudnie (przez wielu podróżnych zwane piątkiem) rozpoczynające majówkę zmieniła się na te kilka krótkich chwil w prawdziwy Grand Central Terminal. Dziesiątki, nie – setki ludzi spieszyło w tylko sobie znanych kierunkach. Kolejki do kas zawijały węże, obejmujące niemal całe wschodnie skrzydło stacji. Nawet biletomaty i bankomaty oblegane były przez spragnione podróży tłumy. Nagle dwadzieścia minut dzielące nas od odjazdu nie wyglądało już tak wspaniale.

Zrezygnowawszy z wcześniejszego zakupu biletu, popędziliśmy wprost na peron w poszukiwaniu naszego pociągu. Całość składała się zaledwie z kilku wagonów, co w ten piątkowy czwartek wcale nie zapowiadało miłej i spokojnej podróży. Do odjazdu pozostawało ciągle około piętnastu minut, a my mijaliśmy kolejne wagony przerażeni liczbą osób znajdującą się w środku, jak i tymi, którzy jeszcze wojowniczo próbowali wsiąść. Sprawa wyglądała na przesądzoną, nici z podróży, trzeba czekać na kolejną szansę za godzinę, czy dwie. Kiedy już zrezygnowani mieliśmy wracać, zdarzył się niemal cud, na samym końcu, w ostatnich z możliwych drzwi znalazło się dość miejsca, byśmy zmieścili nasze bagaże, kota i oczywiście siebie.

Początkowo byłem zdenerwowany i zdegustowany postawą kolei regionalnych, które powinny spodziewać się takich liczby osób wracających, czy też wyjeżdzających gdzieś na weekend majowy i jakoś zareagować, dodając wagon tu czy tam. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że to uroki podróżowania koleją w Polsce. Może jesteśmy już daleko od komunikacji rodem z krajów trzeciego świata, gdzie by jechać pociągiem trzeba się uczepić wagonu, lub po prostu znaleźć się na jego dachu.

Jednak podróżowanie polskimi kolejami ma swój urok, pomimo pewnych nieudogodnień, mówiąc delikatnie, oferując podróżującym coraz to lepszy jakościowo standard podróży. Starają się także, nie mówię, że wychodzi im to jakoś nadzwyczajnie dobrze, ale jednak się starają przybywać na stacje bez opóźnień. Bo to jednak miłe zaskoczenie zobaczyć czysty pociąg, z działającym dostępem do wi-fi, gniazdkiem do podładowania laptopa czy telefonu przy każdym siedzeniu, czy po prostu nowym, nie zniszczonym przez czas i ludzi wnętrzem. Nie mówimy tutaj jeszcze o standardach, nadal spotkamy maszyny starego typu, jednak widać progres.

I tak jak polskie koleje potrafią zaserwować podróżującym całkiem dwa odrębne światy, tak i zmieniało się moje zdanie o tym właśnie przewoźniku. Zachwyt nie mógł przecież trwać zbyt długo. Podróż powrotna, w którą wybieraliśmy się niemal w środku nocy, chcąc uniknąć tłoków, szybko wybiła mnie z dobrego nastroju. Zaczęło się od kilkunastominutowego opóźnienia, które obwieścił dźwięczny głos w głośnikach małej stacji pod Poznaniem, a później było już tylko weselej.

Autor | Patryk Wolny

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułDzielnice Wrocławia 30/2015
Następny artykułRadosław Sikora: Czarna rozpacz
Pisze, ponieważ uważa, że tak właśnie należy. Wielbiciel dobrego kina, ale i mocnego reportażu, gdzieś w głębi wierzy, że styl nowego dziennikarstwa przebije się kiedyś do głównego nurtu.