Krew, pot i zły. Walka często do ostatniego tchu. Czarny piątek to jeden wielki wyścig po promocyjny ręcznik, telewizor, czy mikrofalówkę. Dzień, w którym prawdziwy Amerykanin może obudzić drzemiącą w sobie bestię, by wreszcie móc zapolować.

Mnie niestety nikt nie stratował i wcale nie musiałem budzić drzemiącej we mnie bestii, by móc upolować upragniony przeze mnie towar. Mam nieodparte wrażenie, że czarny piątek, który w Polsce jakby zagościł już na dobre, jednak nadal jest jakiś taki nieobecny – rozmyty, niewyraźny.

Promocje rodzimych sprzedawców mogą co najwyżej wywołać uśmiech politowania na twarzy kupującego, nie zakupowy szał. Niestety, ale szczuje się nas lekko zaśmierdłymi ochłapami mięsa, do których przyczepiono wielki napis: Black Friday (koniecznie po angielsku) oraz naklejkę -20% (tylko na parówki) w nadziei, że zlezą się wygłodniali klienci, którzy łykną wszystko bez zastanowienia. No cóż, po moich piątkowych obserwacjach wnioskuję, że nie, nikt się nie zleciał i nie, nikogo to tak naprawdę nie obchodziło. Skorzystać z naprawdę dobrych promocji można było jedynie za pośrednictwem sklepów internetowych, jednak tutaj także dotyczyło to w większości zagranicznych firm.

Czyżby Polska nie było gotowa na wielkie piątkowe szaleństwo? Może po prostu nie mamy siły, bo w czwartek kazano nam ciężko harować, podczas gdy za oceanem delektowali się indykami? Cóż, nasz Polski sen o pięknej Ameryce pośrodku Europy Wschodniej nie wygląda za dobrze. Ściągamy do siebie ten cały amerykanizm, angielskie wesołe kolędy, czarne piątki, Halloween, czy nawet popularny sale, zamiast zwykłej wyprzedaży.

Cukierek albo psikus

Kilkoro rozrabiaków poprzebieranych za maszkary i straszydła mogło zapukać do naszych drzwi: cukierek albo psikus. Damy cuksa, opcjonalnie jak nie mamy akurat żadnego pod ręka, to posypią nam wycieraczkę mąką – wszyscy się czegoś nauczą. Dzieci, że tu nie Ameryka, a dorośli wręcz przeciwnie, że tutaj właśnie jest już Ameryka, bo skończyła się Rosja i cały ten zepsuty wschód, z którym nie chcemy mieć już nic wspólnego. Inna sprawa, jak nasz wschód weźmie górę nad Ameryką i dzieciaczki zapytają o drobne, bo przecież komu na co twoje cukierki, jak mogą kupić sobie własne, a jako psikus pomażą drzwi flamastrem. Wtedy możliwe, że podobnie jak ja będziecie szorować te drzwi, bo nikt tego za was nie zrobi. W duchu przyznamy, że to przecież takie polskie – zdegenerowana młodzież.

Wreszcie siódma woda po Ameryce, to ta pogoń, bo to już nawet nie wiadomo, kto i za czym goni. Świat stara się dostosować do ludzi go zamieszkujących, a my ten świat chcemy ukształtować pod siebie – gubimy się w tym szaleństwie. Wszystko się zmienia, jednak chyba tylko niezwykle specjalistyczne badania znają odpowiedz na pytanie, komu i czy rzeczywiście jest to potrzebne? No bo przecież nawet jako człowiek młody wcale nie jestem taki pewien, czy towar z wystawy z wielkim napisem sale sprzeda się lepiej niż ten przy którym zawieszono znaczek wyprzedaż. Jeśli ja tego nie rozumiem, to jak mają zrozumieć to ludzie starsi, którzy wcale nie muszą wiedzieć co to znaczy sale i dlaczego ktoś im popisał drzwi.

Naprawdę potrzebujemy tych zmian, które mają zapewnić nam nasz prywatny american dream? Przecież to wcale nie przywlecze tutaj tych wszystkich amerykańskich snów o dobrobycie i równości, a zaoferować nam może jedynie wydmuszki, które tylko z zewnątrz niczym wspomniane promocje wyglądać będą ładnie, a w środku będą pozbawione sensu.

Autor | Patryk Wolny

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTEATR: Improwizacje #9 [FOTO]
Następny artykułSPORTOWY RAPORT #88 (04.12.2015)
Pisze, ponieważ uważa, że tak właśnie należy. Wielbiciel dobrego kina, ale i mocnego reportażu, gdzieś w głębi wierzy, że styl nowego dziennikarstwa przebije się kiedyś do głównego nurtu.