MPK ostrzega, tramwajem dziś nie pojedziesz… autobusem zresztą też nie.

System metra w Tokio ma to do siebie, że potrafi zabrać wręcz niezliczoną ilość pasażerów. Wygląda to tak, że pierwsze osoby po prostu wchodzą, siadają. Z czasem dochodzą kolejni i to w ilościach hurtowych, sprawiając, że wagony zamieniają się w wielkich rozmiarów konserwy wypełnione po brzegi ludźmi. W całym tym wypełnianiu, czy też raczej upychaniu, bo podróżujących się upycha, co by zaoszczędzić choć troszkę miejsca dla kolejnego nieszczęśnika, jest coś niesamowitego, coś, czego zdecydowanie brakuje wrocławskiemu MPK. Mowa tutaj oczywiście o wykwalifikowanych upychaczach, choć pewnie nie tylko.

Niestety od poniedziałku przestały kursować tramwaje na linii Oporów – plac Legionów. W ich miejscu pojawiła się tymczasowa linia autobusowa 704, z założenia kursująca co pięć minut. Z założenia, bo często jest to zwyczajnie niemożliwe, jak dane było mi się przekonać.

W poniedziałek, postąpiwszy dość nierozsądnie, zaryzykowałem i wybrałem się na przystanek Stalowa, skąd planowałem w miły i komfortowy sposób podjechać do placu Legionów, skąd dalej już pomaszerowałbym sobie do pracy. Nawet się nie zdziwiłem, kiedy pierwszy autobus podjechał już solidnie wypchany. Kilka osób, które akurat znajdowało się w pobliżu miejsca, gdzie się zatrzymał szybko wślizgnęło się do środka, tym samym odbierając możliwość podróży pozostałym oczekującym, w tym też i mi. Pięć minut to wcale nie tak długo, pomyślałem…

Po blisko dziesięciu nadjechał kolejny autobus. Ten także był już solidnie załadowany, jednak dzięki wcześniejszemu obraniu strategicznej pozycji udało mi się wsiąść. Ścisk był, choć nie tak duży, jakbym się tego spodziewał. Przypomniałem sobie wtedy opis warunków panujących w wagonie tokijskiego metra, zamieszczony w pewnej książce, którą kiedyś miałem okazję przeczytać. Jej autor przeprowadził ciekawy eksperyment. Mianowicie postanowił sprawdzić, czy napierający na niego ludzie zdołają go utrzymać w powietrzu, jeśli ten podniesie nogi do góry. Wiecie co, udało mu się – a przynajmniej tak twierdzi.

Gdybym ja spróbował runąłbym od razu w dół. Miałem przecież dość miejsca, by się niemal swobodnie obrócić, czy sięgnąć do zawieszonej na ramieniu torby. Korzystając z okazji, obserwowałem, jak autobus zatrzymywał się na kolejnych przystankach, na których nikomu już nie było dane wsiąść. Nie ma się co oszukiwać, w takiej sytuacji profesjonalny upychacz zdziałałby wręcz cuda. Nagle okazałoby się, że nie czterdzieści osiem, jak sugerowała informacja w autobusie, a pewnie i nawet ze sto osób wepchnie się do środka. Może i ja wtedy mógłbym sobie przeprowadzić mój własny eksperyment i podnieść nogi…

Za tydzień wszystko ma wrócić do normy, zatłoczone autobusy znikną, a na ich miejsce pojawią się na powrót tramwaje, choć to żaden powód do radości. Problem nie zniknie, on zdaje się być nieśmiertelny. Z wypchanych siedemset czwórek przesiądziemy się po prostu do czwórek, które w godzinach porannych także potrafią niemile zaskoczyć ilością wolnego miejsca. I tutaj także doskonale sprawdziliby się upychacze…

Autor | Patryk Wolny